KAMASI WASHINGTON – Epic (Brainfeeder)

Znacie te wszystkie okładki płyt z muzyką jazzową – gość w garniaku, gość w swetrze. Ryj z trąbą, albo dla wielkiej odmiany bohomaz, paciaja na ścianie. Okładka albumu „Epic” Kamasi Washingtona przynosi szok: czarny z saksofonem. Wszystko to jednak tak skonfigurowano, że nasz koleżka z afro na głowie i wielkim jak pyton tenorem, większy jest niż planety, co to duże są. W środku 3 (słownie: trzy) płyty. Faktycznie, kroi się „Epic”.

Przyznam się bez wątróbki z cebulką, że choć w temacie jazzowych trębaczy coś tam wiem, to Kamasi Washington jest dla mnie postacią nieznaną. Przyczyną tego stanu rzeczy jest to, że facet jest jeszcze młodszy od mojej żony, więc o rozgrzeszenie dla mej ignorancji prosić nie muszę. Tytułowa epickość, poza wyrazistą okładką i chyba zbyt długim czasem trwania płyty, to przede wszystkim wykorzystanie mnogiego personelu muzycznego. Z fortepianem jednocześnie grają organy Hammonda, perkusjonista wspomaga perkusistę, harmonie solowe tworzy trzyosobowa sekcja dęta. Zespół nie dąży wyłącznie do uzyskania jakiejś szczególnej potęgi brzmienia. Owszem, chórki wokalne w zestawieniu z całym combem dodają muzyce majestatu i wręcz hippisowskiego uniesienia znanego chociażby z „Apocalypse” The Mahavishnu Orchestra (otwierający album, mocarny „Change of Guard”), albo też, po drugiej stronie skali, wręcz pop-funkowego drygu Isaaca Hayes’a. Jednak nastrojem dominującym na płycie jest przyjemna miękkość spod znaku Alberta Aylera czy nieco bardziej muskularnego Pharoah Sandersa. Gdy sekcja rytmiczna sprawnie porusza się między swingiem a modernem, tenor Kamasi’ego wspomagany przez trębacza i puzonistę śle fantastycznie rozpisane melodie, których nie powstydziłby się Dave Douglas na moim ulubionym, wzorcowym „Soul On Soul”, żeby nie grzebać głęboko w historii.sax

Szkoda, że na płycie nie znalazło się więcej buńczucznych, „epickich” propozycji, gdzie w pełni wykorzystano by potencjał całego kolektywu muzyków i trzymano się mniej kurczowo spuścizny gigantów hard-bopu. Sporo tu bowiem plumkania, wymieniania się solówkami, które rozrasta się do rozmiarów, które zawstydziłyby samego Wayne’a (nomen omen) Shortera. („The Soothsayer” trwa przecież tyle ile pomieścić może jeden winyl i to o nim będziemy rozmawiać za kolejne pół wieku). Słychać, że nieznani mi (co jeszcze o niczym nie świadczy) współpracownicy Kamasi’ego to jeszcze nie ten mistrzowski poziom. Pianista przez trzy minuty próbuje znaleźć jakiś wspólny mianownik z chórkami wokalnymi (nazywamy to awangardą), co Michel Petrucciani zrobiłby jednym uderzeniem martwej obecnie dłoni. Solówki na elektrycznym basie to zbiór nic nie wnoszących do muzyki wprawek. Nie oberwie się natomiast sekcji rytmicznej, która potrafi wyczarować wręcz mistyczny nastrój (np. pochód otwierający „Isabelle”).

Jest w „Epic” coś, co pomimo pretensji do jazzu o to, że nadal jest jazzem, przyciąga, woła i z wolna pochłania. To zapewne posmak coltrane’owej ludyczności, tej nieco ułożonej już pierwotności, który sprawia, że taka muzyka może stać się przeżyciem bardziej duchowym, a mniej intelektualnym. W duchy nie wierzę, ale warto mieć w życiu przyjaciół.

Kuba Kolan

Cztery i pół