KAISER CHIEFS – Education, Education, Education&War (SPV)

Jeśli indie rock, to tylko angielski. Jedynie w tym kraju potrafią połączyć arogancję i depresję z rockową wściekłością. Jasne, nie zawsze się udaje, ale istnieje cała masa przykładów, potwierdzających powyższą teorię. Jednym z nich jest Kaiser Chiefs. Zespół, który nie jest w jakimś konkretnym wymiarze wybitny, ale jednocześnie potrafi swoją muzyką wciągnąć, oferując coś więcej niż wyspiarski malkontentyzm.

Najnowsza płyta zespołu to zwiastun końca wewnętrznych rozłamów i konfliktów. Ponoć. Nigdy do końca nie zrozumiem tych wszystkich wojenek, jakie często rozgrywają się w grupach. Z jednej strony chęć tworzenia, z drugiej niemożność dogadania się między muzykami. Cóż, to nie Warszawa, gdzie zespoły egzystują często do pierwszej demówki. Tak czy inaczej,  dzisiaj, po zmianie na stanowisku perkusisty, Kaiser Chiefs jest zwarty i gotowy. Przynajmniej słychać to w muzyce. „Education…” to album kompletny i bardzo jednorodny. Co oczywiście może być wadą, ale w tym przypadku oznacza niezłomność idei. Najnowszy zbiór piosenek pokazuje, jak z prostych środków zrobić prawdziwe perełki, kumulujące w sobie hałas, wyspiarski spleen i amerykański rozmach.Kaiser Chiefs Band

Przede wszystkim – rytm. Każdy z numerów napędzany jest mocnym, konkretnym bitem, momentami o lekko tanecznym charakterze. Na przeciwległej flance leżą klawiatury. Czasami nadające muzyce lekko prześmiewczy, kabaretowy charakter, są nieodzowne i doskonale spajają gitarowy hałas. Na tej płycie Kaiser udało się wymyślić kilka całkiem chwytliwych tematów, które stanowią o sile nowego oblicza zespołu. Zaczniemy od „The Factory Gates”, murowanego hitu z świetnym, bardzo nośnym, choć także konkretnie rozwrzeszczanym refrenem. Równie chwytliwe jest hałaśliwe indie „Ruffians on Parade”. Cave’owski klimat dominuje za to w „Misery Company”. W zasadzie płyta jest dość równa, odstaje jedynie „Bows&Arrows”, dziwny, jakby kanciasty kawałek z bardzo podniosłym refrenem. Od czasu do czasu zespół uspokaja się (np. w „Meanwhile Up In Heaven”…), jednak głównie dominuje tu całkiem solidne pompowanie i – powiedzmy to uczciwie – mocno pompatyczna atmosfera. Grupa bardzo ciekawie łączy ze sobą faktury poszczególnych instrumentów – niby wszystko jest zlane w monolityczne uderzenie, jednak każda partia jest bardzo wyrazista i indywidualna. Jednym słowem – spójny, równy, bez większych wyskoków album solidnego zespołu.

Nie powiem, Kaiser Chiefs nie jest jakimś wielkim zespołem (dla mnie…) jak chociażby np. The National, jednak ma w sobie coś intrygującego, jakąś zawziętość, która nie pozwala obok nich przejść obojętnie. W tym przypadku bardziej niż na artyzm wykonawczy zwracam uwagę na ów zadzior. Cóż, sprawiają wrażenie, że jeśli ktoś im podpadnie, równie sprawnie jak instrumentami będą obracać pięściami. Takie przeczucie…

Arek Lerch 

Cztery