KAIRON; IRSE! – Ruination (Svart Records)

Mimo posiadania już na koncie jednego krążka, Kairon; IRSE! zaistnieli szerzej dopiero za sprawą drugiego albumu „Ujubasajuba” – przynajmniej poza granicami Finlandii, bo prawdę mówiąc nie mam pojęcia, jaki wcześniej mieli status w swojej ojczyźnie. Oczarowali Europę unikalnym połączeniem shoegaze’owej ulotności ze sporą dawką klasycznie naznaczonej psychodelii, malując obraz tyleż urokliwy, co abstrakcyjny. Moim zdaniem także nie do końca ukończony, któremu brakowało kilku delikatnych, acz jednak znaczących pociągnięć pędzlem. Po trzech latach zespół powraca z „Ruination” – albumem dojrzalszym, pełniejszym, ale także zmierzającym w nieco innym kierunku.

Tegoroczna propozycja Kairon; IRSE! niemal całkowicie odcina się od znanych z „Ujubasajuba” shoegaze’owych inspiracji, które tym razem stanowią co najwyżej delikatną, ledwie wyczuwalną przyprawę – jak chociażby w „Llullaillaco”, gdzie My Blood Valentine zderza się z brytyjską szkołą prog rocka. No właśnie – to ten azymut obrali teraz Finowie i choć koncepcja sama w sobie wydaje nieco trącić dad rockiem, odnajdują się w niej wyjątkowo sprawnie, a całość nie zakrawa na obciach. Wszystko to wynik rozwagi, być może wręcz chłodnej kalkulacji, aczkolwiek dzięki dbałości o szczegóły trudno mówić o zarzucie, jakoby mielibyśmy do czynienia z ładnie opakowanym produktem. Grupa bardzo sprawnie czerpie z King Crimson, jak chociażby w otwierającej, dwuczęściowej suicie „Sinister Waters”, nawiązuje do folkowego sznytu Jethro Tull, trąca całość lekko jazzującą nutą  i nie rezygnuje z wycieczek w stronę Hawkwind. Nieco zniewieściałe, ale urocze partie wokalne Dmitry Meleta dodają muzyce Finów chyba jeszcze więcej ulotności i czarującego klimatu. Zdarza się jednak, że „Ruination” brzmi brudniej, bardziej garażowo – tak jest chociażby we wspomnianej już kompozycji „Llullaillaco”. Generalnie jednak Kairon; IRSE! wyraźnie, ale i bez cienia żenady, zwrócili się w stronę lat 60. i 70., właśnie w tamtym okresie znajdując gros swoich obecnych inspiracji. Chciałoby się powiedzieć – połączenie nowoczesności z klasyką, ale brzmi to tak przypałowo, że chyba sobie odpuszczę (nawet jeśli to prawda).KI band

Być może niektórym słuchaczom, zwłaszcza tym młodszym, którym termin prog rock kojarzy się jednoznacznie z muzycznym onanizmem i niepotrzebnym przynudzaniem, „Ruination” niekoniecznie musi przypaść do gustu. Warto jednak odrzucić na bok osobiste uprzedzenia i skupić się jedynie na tym, co Kairon; IRSE! ma do przekazania. Serio, warto. Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć, czy inspiracje latami 70. to krok do przodu, czy raczej w tył, jednak jakby na to nie patrzeć, zespół poszukuje i te poszukiwania przynoszą owoce. Choć początkowo byłem nieco sceptyczny, ostatecznie z pełną świadomością swoich słów mogę stwierdzić, że „Ruination” to lepsza płyta od „Ujubasajuba”.

Jak widać, można słuchać prog rocka bez wstydu, chociaż ponoć raz w dupę to nie… Wiadomo.

Michał Fryga

Cztery i pół