K. – There’s a Devil Waiting Outside Your Door (Ur Muzik)

O projekcie ukrywającym się pod wszystkomówiącym kryptonimem K. wiem tyle, co mi napisał Grzesiek z Ur Muzik, który słusznie zainwestował w wydanie tej płyty – że hord jednoosobowy, że z Polski i że to kawał dobrej muzyki jest. „There’s a Devil…” to rzeczywiście czarująca płyta, o ile oczywiście ktoś – jak niżej podpisany – rozmiłował się w literacko/filmowym noir i jak ten sęp rzuca się na wszystko, co przepoczwarza ten klimat do postaci dźwięków.

Pierwszym skojarzeniem, na jakie naprowadza tytułem płyty pan artysta jest oczywiście Nick Cave, ale niekoniecznie chodzi tu o mamrotanie mrocznych opowieści znad przesypującej się popielniczki w portowej spelunie. Popielniczka i lokal zostają, ale historia opowiada się dźwiękiem uderzając w ton, który przyjęło się nazywać darkjazzem. K. pieczołowicie lepi posępne saksofonowe nuty, nastrojowe szarpnięcia strun basu i nieśpieszny rytm, co wprost nawiązuje do quasijazzowej breji produkowanej przez Bohren Und Der Club of Gore, Kilimanjaro Darkjazz Ensemble czy Heroin And Your Veins, o czym zresztą krzyczą już materiały promocyjne. Moim skromnym zdaniem „There’s a Devil…” bliżej do pewnych rejonów muzyki filmowej, gdzie najbardziej oczywistym przykładem jest „Fire Walk With Me” Badalamentiego, a nieco mniej oczywistym – „Brick” Nathana Johnsona. Oczywiście wszystkie zawarte tu dźwięki generowane są z samplera, metodą twórczą zaczerpniętą ze starszych albumów Amona Tobina czy Skalpel, ale nie ma to jakiegoś szczególnego znaczenia dla odbioru całości. Produkcja K. nie brzmi chałupniczo, w masteringu udało się wyczyścić poszczególne instrumenty na tyle, by nie kłuły w uszy sztucznością i nie przeszkadzały w cieszeniu się specyficznym, zawiesistym nastrojem.

Czy w muzyce K. brakuje czegoś? Poza aspektami technicznymi, cieszyłaby mnie pewnie jakaś nuta swojskich klimatów, coś w rodzaju przetransponowania klimatu noir na grunt przaśnej, betonowej rzeczywistości Najjaśniejszej RP. Rozumiem, że Radom to nie Nowy Jork, a „Detektyw” nieco odstaje poziomem od powieści Raymonda Chandlera, ale zachłyśnięcie się nastrojem muzyki Komedy, teatrem sensacji „Kobra” czy nawet kinem w rodzaju „Ćmy” mogłoby otworzyć K. na całkiem ciekawe ogrody (tudzież zaułki i rynsztoki) wyobraźni. Niezależnie od moich, mniej lub bardziej sensownych, rozważań, „There’s a Devil…” znakomicie umila deszczowy wieczór w blokowisku, a świat od razu staje się ciekawszy. Papierosy znów nie szkodzą, a whisky pijemy jak sok marchwiowy. Dzielnicowy nosi prochowiec i ma twarz Roberta Mitchuma, listonosz Roman zawsze dzwoni dwa razy, pani kasjerka w Biedronce zmienia się w femme fatale z mroczną przeszłością, a pan Wiesiek spod piątki trzyma w tapczanie zwłoki Czarnej Dalii.

 

Bartosz Cieślak