JULIE’S HAIRCUT – Invocation and Ritual Dance of My Demon Twin (Rocket)

Jeżeli to całe pisane o muzyce ma jeszcze jakikolwiek sens, to właśnie wtedy, kiedy wchodzi sobie człowiek na Bandcampa w poszukiwaniu słodyczy i dwoma kliknięciami znajduje cudo takie jak to – a potem może się nim podzielić z kimś, komu chce się czytać te grafomańskie wywody. Przed państwem kraut wprost ze słonecznej Italii.

Julie’s Haircut istnieją już ponad 20 lat – od roku 1994 – i są jedną z ważniejszych grup włoskiej alternatywy. Przyznam się bez bicia, że usłyszałem o nich dopiero teraz, a poprzednie wydawnictwa przesłuchałem jak do tej pory pobieżnie, nie zagłębiając się w nie szczególnie. Niemniej jednak, nie mam wątpliwości, że tak odjazdowej płyty włoski sekstet jeszcze nie nagrał. Na pierwszych albumach bawili się w hałaśliwe, garażowe, indie rockowe granie: pojawiały się tam też bardziej transowe, post-rockowo/psychodeliczne momenty, jednak nie stanowiły one clou sprawy. „Invocation and Ritual Dance of My Demon Twin” zaczyna się od 12-minutowego „Zukunft” ( z niemieckiego „przyszłość”) będącego połączeniem Can, Spiritualized i Morphine – jest transowo, kosmicznie, z wyraźnie zarysowanym, natarczywym rytmem, a kiedy kawałek już na dobre się rozkręci, dochodzi pyszny, momentami free-jazzowy saksofon. I to jest najmocniejszy moment albumu. Później jest bardziej piosenkowo – co nie znaczy, że gorzej. „Orpheus Rising” ze swoim lekkim flow znów nasuwa skojarzenia ze Spiritualized, ale słychać tu też – szczególnie w wokalach – Black Mountain, w nieco lżejszej wersji, oczywiście. To też, obok „The Fire Sermon”, najbardziej oczywisty hit z tej płyty. Trudno byłoby mówić, że hitem jest hałaśliwe, kakafoniczne „Deluge” z pięknym suspensem w środku, czy też transowe, brzmiące trochę jak Primal Scream „Cycles”. O, właśnie – Primal Scream. Kolejny dobry trop do odczytywania tej muzyki. Ekipę z Glasgow słychać tu wyraźnie nie tylko w „Cycles”, ale też – a może przede wszystkim – w „Gathering Lights”. Bez problemu jestem w stanie sobie wyobrazić Gillespiego w tym szeptającym wokalu; neo-psychodeliczne tło też pasuje. J'H

Bardzo podoba mi się na tej płycie kontrast pomiędzy łagodnymi, rozmytymi fakturami będącymi fundamentem tej muzyki, a momentami, w których krajobraz nagle się zmienia i saksofon odgrywa jakąś totalnie odjechaną solówkę. Przecież spokojnie można było z tej płyty zrobić jeden wielki hit w neo-psychodelicznym klimacie – dać „normalne” wokale, odpuścić sobie wszystkie te hałaśliwe momenty, krótko mówiąc: wystarczyło tylko dołożyć kropkę nad „i”. Zamiast kropki rzucono wielkiego, koślawego kleksa, który na dodatek zakrył połowę litery. Bardzo szanuję takie podejście.

Paweł Drabarek

Pięć i pół