JOB FOR A COWBOY – Demonocracy (Metal Blade)

Kowboje z piekła rodem wkraczają w nasze życie po raz trzeci. Na szczęście, po słabej ep – ce „Gloom” wzięli się za siebie i nagrali materiał nieodkrywczy, ale solidny, zróżnicowany i kopiący tam, gdzie trzeba.


Nie wiem, po cholerę Job For A Cowboy wypuścili „Gloom”, bo płytka ta spowodowała, że zwątpiłem w ich potencjał. Z dzisiejszego punktu widzenia, po lekturze „Demonocracy”, był to krok głupi i chyba narzucony przez wytwórnię.

„Demonocracy” to solidna kontynuacja poprzednich dwóch krążków, jak zwykle – także w temacie grafiki. Muzycznie bez zaskoczeń, za to z naciskiem na ugruntowanie pozycji. Od jakiegoś czasu miałem problem ze zdefiniowaniem na nowo muzyki niesfornych mieszkańców Glendale. Proponowany tu i ówdzie „death metal” wydaje mi się zbyt naciąganą teorią, deathcore stał się z kolei za ciasny. Jako, że łebski ze mnie gość, ukułem sobie określenie „nu death”, bo w jakimś sensie szerzej opisuje „tu i teraz” Job For A Cowboy. Zespół od pewnego czasu złapał równowagę, łącząc w swojej muzyce w równych proporcjach bardzo różne elementy.

Na „Demonocracy” obok masywnych, ciężkich riffów trafiają się i heavy metalowe zagrywki w  „Nourishment Through Bloodshed”, jest sporo miażdżących down beatów ale i grind core. W kontrapunkcie sadowią się za to rewelacyjne i dopracowane sola (w „Imperium Wolves” czy „Black Discharge” to już mistrzostwo) a jeśli ktoś lubi zapierający dech w piersiach ciężar, może zmierzyć się z „Tarnished Gluttony”. Jednocześnie jest muzyka jak zwykle okrutnie poszatkowana, połamana pod względem rytmicznym i świetnie skomponowana aranżacyjnie („Children of Deceit”…). Słuchać – szczególnie w kontekście wspomnianej już ep – ki „Gloom” – że zespół solidnie pracował nad materiałem, także brzmieniowo, bo mimo typowej, nowoczesnej produkcji, jest tu odpowiedni, iskrzący ciężar. Jako trzecia płyta, „Demonocracy” stawia kropkę nad przysłowiowym „i”, stanowiąc zwieńczenie poszukiwań JFAC. Jednocześnie myślę, że to ostatnia płyta, przy okazji której możemy pokiwać z uznaniem głowami – na następnej oczekuję od zespołu czegoś nowego.

Czy jestem zatem zadowolony z konfrontacji z trzecim dziełem Amerykanów? I tak i nie… Z jednej strony cieszę się, że po słabej ep – ce zrobili materiał solidny, z drugiej szkoda, że już teraz nie odważyli się poszukać czegoś nowego; jasne, rozumiem, że tłustej świni się nie zarzyna. Jako podkład porannej podróży rowerem do pracy sprawdza się znakomicie: teoretycznie 40 – minutową trasę „robię” w 20 min, co jest dla mnie nie lada wyczynem. Jeśli dzięki „Demonocracy” zrzucę 10 kg, uznam, że misja Kowbojów została spełniona…

Arek Lerch 4/6