JESU – Every Day I Get Closer to the Light From Which I Came (Avalanche Recordings)

W cieniu wyczekiwania na pierwszy od trzynastu lat album Godflesh ukazuje się nowy pełnoczasowy materiał Jesu, ekscytację wzbudzając już chyba tylko u nawiedzonych fanbojów Justina Broadricka. Sęk w tym, że niżej podpisany również się do tej smutnej grupy zalicza. Nie ma co się czarować, że jest inaczej, ani też, że spodziewałem się nie wiadomo jakiego mocnego strzału i teraz płaczę rozczarowany tym solidnym, niezbyt wybitnym, ale całkiem przyjemnym albumem. Od płakania jest tu Broadrick, a ja się cieszę z nowej płyty lubianego zespołu, choć do ekstazy mi daleko i bez zastrzeżeń się nie obeszło.

Wydaje się, że spolaryzowane kilka lat temu wątki – „gitarowy” (Jesu) i „elektroniczno-popowy” (Pale Sketcher) schodzą się z powrotem w jedno, być może nieintencjonalnie sięgając do złotego okresu jezusowych nauk, tego z okolic „Silver” i „Conqueror”… I to właściwie tyle nowości, jeśli chodzi o różnice między „Ascension” z 2011 roku a nowym albumem. Technicznie ta brzmi gładko i przestrzennie, jej charakter jest bardziej elektroniczno-ambientowy, ale jeśli chodzi o melancholijny, zadumany klimat z inklinacjami do użalania się nad sobą, to nic nowego „Everyday…” nie przynosi. Oczywiście nie mam z tym jakiegoś większego problemu i nie marzy mi się materiał w klimacie Ice albo nagły powrót do klimatów Curse of the Golden Vampire. Cieszy mnie ta popowa wrażliwość, te bezwstydnie słodkie melodie i mazgajowaty ekshibicjonizm, bo nie ma powodu, aby po prawie dziesięciu latach od wydania „Heart Ache” nagle miały przestać mi się podobać. Niestety, w zestawieniu z rozbudowanym elektronicznym tłem i licznymi wypadami w rejony ambientowo-postrockowe, niedorozwinięty pozostaje ten piosenkowy pierwiastek muzyki Jesu, który zawsze ceniłem najbardziej. Ujmując rzecz w mniej rozbudowanym zdaniu – hitów mi brak, takich na miarę „Silver”, „Medicine” czy „Tired of Me”. Poza otwierającym album „Homesick”, „Everyday…” raczej wypełnia przestrzeń w pokoju niż porywa serce do tańca – a wiadomo, że jak Broadrick napisze przebój, to nie ma Dave’a Mustaine’a we wsi. Okrojenie klimatycznych wygibasów do krótszych, bardziej zwartych form zaowocowałoby idealną płytą na jesienną dyskotekę przy kominku – a tak jest fajnie, ale chwilami przychodzi na myśl pytanie czy te rozwleczone ambienty są tu naprawdę niezbędne.

Nowy album Jesu idealnie zgrywa się z porą roku za oknem, może więc owinę się białym szalikiem i pójdę do parku pozbierać kasztany, pokopać liście i powzdychać nad ulotnością wszechrzeczy pod smętną Broadrickową nutę… „Everyday…” jest właśnie jak złota, polska jesień – niektórzy lubią, większość jakoś zdzierży, ale i tak jest coraz ciemniej, na horyzoncie piździ i lepiej już nie będzie aż do wiosny. Z jednej strony cieszę się na tę płytę, a z drugiej nie płakałbym, gdyby Jesu poszedł na parę lat do szopy na rzecz zwiększonej aktywności Godflesh, JK Flesh czy – pomarzyć fajna rzecz – Greymachine. A ukoronowaniem żywota byłby kower „Take My Breath Away” zespołu Berlin, który zawojowałby serce społeczności Pitchforka i Anny Gacek.

Bartosz Cieślak

Trzy i pół