JENNYLEE – Right On! (Rough Trade/Sonic)

Solowe płyty muzyków związanych z mniej lub bardziej znanymi zespołami to zawsze tzw. zagwozdka. Bo nie do końca wiadomo, czy chodzi o wykorzystanie wolnego czasu, ambicje tworzenia na własny rachunek czy chęć podreperowania stanu konta. Często okazuje się też, że są to rzeczy zwyczajnie gorsze od wypocin macierzystych klubów. W przypadku basistki Warpaint mamy do czynienia – na szczęście – z płytą stylową, nawiązującą z jednej strony do muzyki znanej chociażby z ostatniej, pastelowej produkcji powyższej formacji z 2014 roku, z drugiej, bratającą się z nową falą i trip-hopową pulsacją. Czyli oszczędnie i bez wstydu.

Basistka Jenny Lee Lindberg szkice na swoją „solówkę” szykowała już podczas prac nad „Warpaint” a kiedy skończyła się promocja tej płyty, nagrała demo z dziesięcioma utworami, które ostatecznego szlifu nabrały  wiosną 2015 roku w Happy Ending Studios (Silverlake). Nazwa tego miejsca dobrze obrazuje zawartość „Right On!” – potknięcia nie ma i jeśli ktoś polubił ostatnie produkcje Warpaint, może bez problemu sięgnąć po płytę Jennylee. Największą zaletą tych utworów jest ich „szkicowy” format. Brzmi to wszystko, niczym dzieło przypadku, ot, kilka muśnięć basu, trochę elektroniki, gdzieniegdzie delikatnie zarysowana rytmika. Wszystko podporządkowane wokalom Jenny, płynie niczym lekko rozczochrany, dopiero co przebudzony ciąg świadomości.Jennylee_press1GENERAL

Dopiero bliższe przyjrzenie się tym kompozycjom wydobywa na wierzch całkiem sporo pomysłów. To co miało być zdawkowym konturem, nabiera barw, wychwytujemy kolejne „smaczki” aranżacyjne. Podstawą jest świetnie prowadzony bas, który bardzo często przejmuje rolę instrumentu prowadzącego, któremu reszta dźwięków jedynie towarzyszy, tak jest w onirycznym „Blind” i lekko obsesyjnym „Boom Boom”. Trudno nie dostrzec fascynacji Björk w lekko nowofalowym „Bully”, nie chodzi jednak o jakieś szczególne ekstrawagancje, ale klimat tych kompozycji. Całość spowita psychodeliczną, senną mgiełką, skłania raczej do spokojnej kontemplacji niż podrygów. Jeśli ktoś ma jednak ochotę tupnąć nóżką, może posłuchać kjurowatego „Never”, niepokojąco pulsującego lekkim drum’n’bass „Riot” czy „White Devils” z nieco histeryczną manierą wokalną. A dla równowagi mamy jeszcze dwie ballady – „He Fresh” i „Real Life” ograniczającym aranż do gitary akustycznej  i śpiewu.

Trzeba tej płytce dać trochę czasu; sam w pierwszym kontakcie zbagatelizowałem te nagrania, ale po jakimś czasie doceniłem ich delikatny puls. Okazuje się, że Jenny to utalentowane dziewczę, które gdzieś tam wpisuje się w indie rockową ścieżkę, budując własny, aksamitny świat a w polskim kontekście wypada lepiej niż The Dumplings czy Lilly Hates Roses. Nie ma rewolucji, jest relaks. Polecam.

Arek Lerch

Cztery i pół