JENNY HVAL – Innocence Is Kinky (Rune Grammofon)

Jaki muzyczny mianownik połączyłby studentkę sztuk pięknych, która urbi et orbi siebie dać chciała, do miasta wreszcie żyć przyjechała, z wielbicielem wszelkich płodów Thoma Yorka i z męskim potworem, co pod stertą zużytych ciał sensu życia chciał szukać i przyjemnościom wymówkę nadać? Jenny Hval, mówię. Bo „Innocence is Kinky”.

„A Twój ulubiony alternatywny artysta? Bo mój to Jenny Hval” – błysnęła w towarzystwie sobie tylko znanym zaklęciem, po czym zajęła się obserwacją resztek glorii gasnącej w palenisku najbardziej przebrzmiałych i niedojrzałych pytań jakie można zadać w gronie prawdziwych artystów. Nie chciała źle. Przecież emocjonalny chłód Jenny doskonale wpasowywałby się w ich uniform złożony z wielkiej czarnej teczki i jebanego beretu, o którym aż huczało w męskiej toalecie na pierwszym roku ASP. Jako że sama nie doczytała o tych miejscach i tych sprawach, sprośna gadanina Jenny Hval na tle czegoś co było trochę inne niż twórczość Wolnej Grupy Bukowiny, jawiła się jako przepustka do dorosłego, artystycznego świata największych pędzli na roku. Za sprawą wydanego w 2011 r. solowego debiutu „Viscera” (nie znała jej wcześniej z projektu Rockettothesky), odbyła podróż po odmętach kobiecej erotyki, gdzie fikcyjna Charlotte Gainsbourg jako Pani Jeziora rozprawiała o nieskrępowanej swoim istnieniem clitoris, co należało docenić w tym medialnym, przepełnionym abstrakcyjnym seksem świecie, ślepym na najistotniejsze fizjonomiczne detale.

Po tej stronie opowieści yorkowy groupie zachwycał się zimną elektroniką połączoną z ascetycznym dialogiem akustycznej gitary z elektryczną, przywołującym na myśl dokonania Terje Rypdala. Kreacja tej młodej Norweżki nie dokonała się kosztem słuchalności materiału – twierdził. Te folkowo- freestajlowe pieśni niosły urzekająco piękne melodie. A płakał tylko raz. Gdy mu psa przejechali, akurat w szóstą rocznicę wydania „Pyramid Song”. Seksualny zombie ujrzał w końcu postać utkaną z marzeń o kobiecie tak odległej, że doskonale czystej. Słowa tej istoty – „That night I watched people fucking on my computer”, rozcieńczyły jego poczucie winy w nieśmiałej, terapeutycznej myśli „one też mogły czerpać z tego radość”.

Podczas gdy na płycie „Viscera” Jenny płynęła łodzią po wolnych od szlamu wodach, tak teraz brodzi w zgiełku miasta. Jenny Hval zajął się John Parish – facet odpowiedzialny za brzmienia niejakiej PJ Harvey. Czystość dźwięku zastąpiono gitarowym brudem, przesterowanym wokalem i syntezatorową agresją. Dobrze się stało, że dzięki porzuceniu dziewiczych fiordów dostaliśmy po prostu płytę inną od poprzedniczki, odpowiadającą nieco bardziej współczesnym trendom ambitnej muzyki pop. Źle się stało, że przez porzucenie eterycznej czystości Hval na „Innocence Is Kinky” nie tyle wyrzekła się swojego stylu, ale zaprosiła do łóżka skojarzenia z twórczością modnisiów w stylu Deer Hunter czy The xx, za których sposobem na uprawianie sztuki specjalnie nie przepadam. Jakkolwiek bluźnierczo to zabrzmi, ale najmniej atrakcyjnie prezentuje się właśnie wtedy gdy zerka na PJ, bawiąc się w niepokorną rockówę. Jenny jest przecież bladą, wychudzoną skautką. Dlatego wspólne poznawanie libido powinno odbywać się w samotni łodzi na skutym lodem jeziorze, niż pod hotelowym prysznicem z gromadą oprychów z „Police Academy”.

Szczęśliwie Jenny nadal ucieka od schematów właściwych dla indie rocka. Ba! od wszelkich schematów. Jeżeli usłyszymy gitarowy wycieraniec spod znaku Arcade Fire, za chwilę piosenkarka rozmyśla się, ucina temat i plącze swoje struny głosowe w dźwięki ultrasonografu. I choć na pozór twórczość Norweżki to jakieś wokalne pląsy spod znaku dream pop i innego openerowego tałatajstwa, to po uważnym odsłuchu dowiemy się, że to co wyróżnia Hval od konkurencji to improwizacja i odważna zabawa słowem i dźwiękiem. I choć za chwilę Jenny Hval może stać się ulubienicą pitchforkowej gawiedzi, której prezesują wspomniana studentin i York z Yorkshire, to taką eksperymentalną alternatywę, która bądź co bądź próbuje uciekać z ich ustawionych celowników, śmiało kupuję.

Kuba Kolan

Cztery