JEFFREY LEWIS&LOS BOLTS – Manhattan (Rough Trade/Sonic)

Nie mieszkałem nigdy w Nowym Jorku, ale wyobrażam sobie, że Wielkie Jabłko przyciąga i zmienia genotyp każdego mieszkańca. Perspektywa staje się inna, zaś dla poszukiwaczy dekadenckiego, podziemnego życia musi być to prawdziwe eldorado. Oczywiście, każdy widzi to inaczej, ale np. taki Jeffrey Lewis ewidentnie podąża tropem nieżyjącego już Lou Reeda, który Nowy Jork demonizował i mitologizował jednocześnie. Najnowsze dzieło wokalisty i gitarzysty wspomaganego przez zespół Los Bolts to wypisz – wymaluj młodszy o kilkanaście lat, odpicowany i hipsterski „New York”, wymienionego wyżej barda.

Oczywiście, bądźmy szczerzy – Jeffrey nie posiada na razie cech wyróżniających go z tłumu a na charyzmę zmarłego mentora musiałby pracować następne dekady. Z drugiej strony – pozwólmy przemówić młodości. Każdy kiedyś zaczynał. To ostatnie sformułowanie jest oczywiście złośliwością; Jeffrey ma na swoim koncie włącznie z nową siedem płyt, czyli miał sporo czasu, żeby przemyśleć swoją karierę. A ta ma całkiem zróżnicowane odcienie – są i adaptacje piosenek Sonic Youth (też nowojorska legenda…), kolaboracje z różnymi artystami, komiksy czy wernisaże zdjęć i obrazów. Oczywiście – na Manhattanie. Zresztą, tytułując album w taki a nie inny sposób ustawia się w szeregu artystów, wielbiących ten zakątek, który staje się obok londyńskich i berlińskich, kultowych dzielnic obiektem westchnień tak artystów jak ich słuchaczy. Tym razem wspierany przez zespół Los Bolts, doświadczony setkami koncertów Jeffrey zawarł na „Manhattan” swoje przemyślenia i wizję korzennej, rock’n’rollowej (ulicznej?) muzyki.Jeffrey

I tu dochodzimy do najważniejszej myśli – czy aby na pewno to co prezentuje Jeffrey na tej płycie może być traktowane jako coś wyjątkowego? To w zasadzie kilka oszczędnie zaaranżowanych piosenek, które równie dobrze brzmiałyby wykonywane na niestrojącej gitarze, gdzieś w jakimś zaplutym zaułku („Dirty Blvd.” się przypomina…). Na „Manhattan” surowizna jest rzecz jasna doszlifowana a obecność Heather Wagnera (bębny), basistki Caitlin Gray zamykają klamrą cały koncept. Zamiast wyróżnić któryś kawałek, napiszę raczej, że traktuję płytę jako monolit. Nie zawsze mam ochotę do niej wracać, „New York” Lou jest o niebo lepszy, ale klimat – choć oczywiście ciut bardziej akustyczny i gładki – został zachowany. Myślę, że Jeffrey niespecjalnie liczył na duże względy, a wśród nowojorskiej bohemy ma już w miarę wyrobioną pozycję. I to mu chyba wystarcza. Jeśli będzie chciał pojechać w świat, musi stworzyć coś zdecydowanie ciekawszego, albo jeszcze bardziej udawać psycho-kopistę Reeda. W sumie, nie wiem, która opcja bardziej by mi pasowała.

Arek Lerch

Trzy i pół