JD OVERDRIVE – Fortune Favors The Brave (MMP)

Dobry tytuł dla drugiej płyty katowickiego bandu. Faktycznie, trzeba być odważnym, żeby stawiać wszystko na muzykę i to w dodatku tak brutalną. Kasy z tego nie ma, co najwyżej zjechana wątroba, przytępiony słuch i kilka „fanek” w każdym mieście. Tak więc z tytułowego sloganu mamy tylko odwagę a fortuna szuka szczęścia w innych miejscach na ziemi. Odwaga w przypadku JDO oznacza pewne kroczenie obraną już ścieżką. Wychodzi z tego solidny, bardzo dojrzały i rewelacyjnie zaśpiewany materiał, łączący starego rocka i sludge’owy ciężar. Nic nowego, ale wchodzi i uzależnia jak trunek, od którego zespół wziął nazwę.

Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu, tzw. sludge rock i stoner były dość egzotycznym, choć już obecnym zjawiskiem. Sam bawiłem się w klubie przy dźwiękach „NOLA” Down, potem doszła fascynacja Kyuss itp. dźwiękami. W Polsce, poza Corruption, którzy świadomie wykorzystywali post sabbathową spuściznę, trudno było znaleźć podobne kapele. Dzisiaj bez wielkiej przesady można powiedzieć, że mamy w kraju boom na tego typu muzykę. Z każdego zaułka wyskakują całkiem ciekawe i cholernie sprawne zespoły. W tym gronie JD Overdrive to przedstawiciel pierwszej fali takiej rzezi. Sami muzycy bez ogródek przyznają, że nie chodzi im o szukanie nowości, ale celebrowanie starego, śmierdzącego wódą riffu, granego z feelingiem amerykańskiego południa.

Druga płyta jest świadectwem dojrzałości tej bandy i solidnego okopania się na zdobytych pozycjach. Jeśli lubicie potężne, tłuste brzmienie wywodzące się wprost z tradycji lat 70 – tych, gdzieś tam składające hołd sabbath’owskiemu riffowi, możecie czuć się zaproszeni. W stosunku do debiutu zespół przemyślał swoją muzykę i zamiast wprowadzać coś nowego, grzebał w starych śmieciach, wyciągając z nich to co najlepsze. Oszczędne szafowanie poszczególnymi składnikami pozwoliło wydestylować stylową esencję. Takie kawałki jak „Born to Destroy” czy „Funeral Stopper” to dobrzy reprezentanci płyty. Podbudowane solidną sekcją, skupiającą sie głównie na pompowaniu potężnych rytmów, piętrzą się tu znakomite, bardzo rasowe riffy, okraszone partiami wokalnymi, które w moim mniemaniu są najbardziej błyskotliwym elementem płyty. Zespół nie boi się melodii, dzięki czemu zamiast wrzasków dostajemy rasowe, bardzo amerykańskie śpiewy, zdradzające fascynacje czy to Black Label Society czy chociażby Panterą. Spuścizna wymienionych tu zespołów jest w muzyce JDO bardzo wyraźna, na szczęcie grupa potrafi z umiarem i znawstwem wykorzystać takie elementy, nie narażając się na śmieszność. Zespół należy do bardziej tradycyjnego odłamu sludge, czyli nie ma co szukać psychodelicznego brudu, diabła i narkotyków. Fani Cough czy Belzebong uznają pewnie muzykę zespołu za zbyt czystą, co akurat jest dla katowiczan komplementem.

Nie można jednak zapomnieć o tym, że zespół potrafi też zaskoczyć – i tu kłaniają sie bodaj najciekawsze kawałki na płycie, czyli „Shadow of the Beast” i „Hope for the Best, Prepare for the Worst”. Najdłuższe i najbardziej rozbudowane kompozycje, w których zespół potraktował aranżacje z rozmachem, wpuszczając sporo powietrza, uciekając w stronę lekko transowego, wyciszonego miejscami grania. Myślę, że te numery powinny być wyznacznikiem kierunku, w którym zespół powinien podążać. W każdy razie na dzień dzisiejszy to one świadczą o dojrzałości grupy i jej większych, wyrastających ponad proste łojenie aspiracjach.

Solidny, osadzony, piekielnie ostry, ale jednocześnie melodyjny. Takiej jest nowy JD Overdrive. Zamiast odkryć jest ugruntowanie stylu, wyraźnie opowiedzenie się po stronie rozwiązań klasycznych. W tej chwili są katowiczanie realnymi następcami nieco zagubionego Corruption i mają ugruntowane miejsce na scenie. Nie powiem, że „Fortune…” jest odkryciem roku, jednak na pewno jest to materiał tak rasowy, że jestem skłonny im uwierzyć, nawet mimo tego, że nie mają tylu zmarszczek co Rex i Zakk a Katowice to nie Nowy Orlean.

Arek Lerch

Pięć