JARUN – Sporysz (Arachnophobia Records)

Ilu byś płyt nie przesłuchał i ilu wieczorów w życiu nie zmitrężył na ćwiczenia lekkości pióra, jak bardzo byś nie piął się na wyżyny obiektywizmu i kwiecisto-fachowych opisów – z gustem jak z naturą, nie wygrasz. I nawet jeśli wiesz, że psu na budę komu taka recenzja, to prawdy zakłamać się nie da. „Sporysz” to bardzo dobra płyta, która w ogóle mi się nie podoba.

Twórczość zespołu Jarun nie tyle przechodziła mi dotąd pod radarem, co sam kierowałem ten radar w inną stronę przez skórę czując, że „to nie dla mnie”. No i rzeczywiście, zupełnie nie dla mnie. Dla porządku odnotuję jednak, że słuchając „Sporysz” zmagam się z dokonaniem bardzo dobrego zespołu, który ewidentnie nagrał taką płytę, o jaką mu chodziło. Jarun tworzy coś na przecięciu progresywnego metalu w stylu Opeth z „Ghost Reveries”, progresywnego black metalu, który black metalem dawno nie jest (patrz: ostatnie sześćset płyt Enslaved) i pogańskiego metalu, który też chce być progresywny bez odklejania się od drzew, krzewów i kosodrzewiny. Na „Sporysz” wybrzmiewa to późno-enslavedowe myślenie o muzyce, w której prześwitują jeszcze jakieś cząstki black metalu (wokale), mieli się folkmetalowa melodyka, od wielkiego burczybasu zaterkocze podwójna centralka, ale wydźwięk całości jest miękki i nastrojowy, mimo gęstości dźwięków. To oczywiście metal, ale ten, no właśnie, progresywny – rozbudowany, ambitny, wychuchany na wysoki połysk. I nie jest to zarzut, bo po prostu taki miał być. Nie umiem jednak myśleć o tej płycie inaczej niż tak, że to cała odhaczona lista rzeczy, które w muzyce są mi odległe. Progowe zacięcie, pompatyczny nastrój i traktowanie blackmetalowej estetyki jako ornamentów dookoła czegoś, co brzmi ładnie i ambitnie tak, jak ambitne są płyty Ihsahna i Solefald. Może kupiłbym tę wizję, gdyby grali półamatorzy i nieudolni szaleńcy z dwiema lewymi rękoma i ośmiośladowcem w chlewiku… A tu leci coś, co brzmi jak nowe odkrycie Indie Recordings. Całkowicie rozumiem, że komuś to może pasować – mi się to gryzie przez całe 43 minuty trwania płyty i nie mam z tego, jakże udanego albumu żadnej przyjemności, bo nigdy nie było mi z taką muzyką za dobrze.Jarun

Najgorsze, co mogłoby spotkać „Sporysz” to przerost marzeń nad umiejętnościami i możliwościami. Tymczasem spotyka go tylko oziębłość recenzenta, który stwierdza – z pewnością dobra płyta, zupełnie nie dla mnie. Ale doskonale rozumiem co i dlaczego może się w Jarun podobać, więc jeśli ktoś kocha progresywny metal z lekką nutą folkowego dziegciu i atmosferą obcowania ze sztuką, ten może sobie zakolorować dodatkowe trzy gwiazdki na monitorze i kupić ostatni album Jarun. Nawet dobra muzyka nie jest dla każdego.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Aga cyka

Trzy