JANE’S ADDICTION – The Great Escape Artist (Capitol)

Najnowsze dzieło artystów “po przejściach” zaskakuje świeżością i głębokim oddechem, którego ekipie Farrela od dawna brakowało. Może musieli do tego momentu przejść przez całą masę gówna, by wreszcie wydusić z siebie kilka autentycznie dobrych kompozycji?


Miałem przyjemność poznać Jane’s Addiction niemal na samym początku, kiedy wyglądali jeszcze niczym tanie pudernice, wąchali tyle samo prochów, ile kładli sobie na twarze i uwielbiali funka zmieszanego z psychodelią. „Nothing’s Shocking” i „Ritual de lo Habitual” to mistrzowskie krążki i nie dziwię się, że do dzisiaj mają grono zwolenników. Niestety, późniejsze losy ekipy to raczej pasmo nieszczęść i wiecznych kłótni. Fakt, Porno For Pyros dawał radę, ale dzieła typu „Kettle Whistle” były raczej porażką niż powodem do dumy. Nie padłem też na  kolana przed albumem „Strays” (2003), który miał być powrotem do formy a z mojej perspektywy był świadectwem męki, jaką przeżywali muzycy, siedząc ze sobą w studiu. Dlatego też mocno zdziwił mnie poziom „The Great Escape Artist”, bo  – chcąc tego czy nie – stawiam krążek bardzo blisko klasycznych dokonań tej ekipy. Oczywiście, słychać, że to już nie „naprute” chemią nastolatki, ale dojrzali i obciążeni życiowym bagażem twórcy, którzy zamiast szaleństwa stawiają na kompozycję. Dzisiaj słyszę w muzyce z „The Great…” stary Jane’s Addiction i nie chodzi o konkretne dźwięki a raczej o pewną aurę, klimat unoszący się nad tymi piosenkami.

Jeśli zaś chodzi o szczegóły – jest się czym delektować.  Szczególnie pięknymi partiami Navarro, który zarzucił funka i bawi się psychodelicznymi plamami, łącząc mocno grany riff z przestrzenią i całą feerią barw, oferowanych przez gitarowe efekty. Praktycznie każdy kawałek to wielki popis jego kunsztu. Nie grzej spisuje się drugi wielki, czyli Perry Farrell. Zamiast zawodzenia śpiewa a w kilku momentach udaje mu się stworzyć wręcz chwytliwe refreny („Irresistible Force”).

Tej płyty słucha się właśnie dla bogactwa brzmieniowego, dla poszczególnych smaczków i świetnej współpracy wszystkich muzyków. Inwencją popisuje się też perkusista Stephen Perkins, który po sztampowo odegranych kawałkach na „Strays”, wreszcie uwolnił swoją wyobraźnię. Zespół tworzy charakterystyczną dla siebie ścianę dźwięku, ale brzmi ona naturalnie i słychać, że to wszystko jest wynikiem znakomitych umiejętności a nie studyjnych i komputerowych sztuczek. „The Great Escape Artist” to dojrzała płyta dla spokojnych ludzi. Wiem, brzmi to strasznie, ale właśnie spokój i niewytłumaczalne pogodzenie ze światem, emanujące z krążka urzekają najbardziej. Być może kiedyś ceniono Farrella za balansowanie na krawędzi, ale taki artysta nie byłby w stanie stworzyć kawałków typu „I’ll Hit you Back” czy „Twisted Tales” – nostalgicznie pięknych, gdzie wokalną narrację genialnie punktuje gitara Navarro. Czasami zespół potrafi zagrać bardziej metalowy riff, jak w „Ultimate Rason” a nawet powrócić do przeszłości (czuję ją np. w „Splash a Little Water on It”…) i rozruszać dynamicznym aranżem („Words Right Out of my Mouth”).

Subiektywnie rzecz ujmując, w temacie rockowo-psychodelicznej jazdy, Jane’s Addiction nagrał jedną z lepszych płyt w swojej i światowej historii muzyki rozrywkowej. Fakt – raczej dla starszych ludzi i ta ostatnia uwaga jest wynikiem konstatacji, że na razie pozytywne recenzje „The Great Escape Artist”, do jakich dotarłem, napisane zostały przez ludzi w wieku mocno dojrzałym. Z niżej podpisanym włącznie…

Arek Lerch 5,5