JAMES – La Petite Mort (BMG Chrystalis/Cooking Vinyl/Mystic)

Jedenasta (nie licząc dwóch mini-albumów z 2010 roku) płyta manchesterskich weteranów przynosi esencję tego, do czego stworzono muzykę – czyli rozrywkę. Bez wielkich aspiracji za to z ogromnym doświadczeniem, które pozwala im nadal tworzyć dźwięki intrygujące, ale też bez większego zaprzątania umysłu. Czyli można posłuchać w domowym zaciszu i wyciągnąć kilka niebanalnych harmonicznie fragmentów, jak również zapodać podczas podróży samochodem, bez obaw, że coś zacznie nas denerwować.

James zaczynał w czasach, kiedy rodziła się legenda britpopu, szczyt osiągnął w latach 90 – tych, po czym w nowym milenium dał sobie na kilka lat spokój, wracając dopiero w 2008 roku. W zasadzie nic się nie zmieniło i nadal pozostaje przedstawicielem solidnej, drugiej ligi brytyjskiego łojenia. Tyle, że dzisiaj bardziej pasuje do nich określenie indie rock. Trudno jednak traktować zespół jak swego rodzaju retro ciekawostkę, bo muzycy bardzo sprytnie wymykają się klasyfikacjom, grając nowocześnie i bez żenady czerpiąc z różnych źródeł. Podstawą jest solidny, choć raczej spokojny, rockowy drive, co i rusz przerywany elektronicznymi wtrętami. Posmak plastiku przewija się przez cały krążek, jednak jest na tyle wyrafinowany, że nie drażni – czasami dyskretnie koloryzuje tło i tylko w niektórych momentach agresywnie wysuwa się na pierwszy plan (mocno dyskotekowy „Curse Curse”). Dla równowagi sporo tu fajnych smaczków – a to trąbka, to znowu skrzypce, no i wszędobylski fortepian, który nadaje muzyce naturalnego feelingu a miejscami ciągnie za sobą całą kompozycję, tak jak w wwiercającym się w mózg, przebojowym temacie „All I’m Saying”, który łazi za mną już od jakiegoś czasu.James Band

Co się zmieniło w stosunku do przeszłości? Na pewno odsunięto na dalszy plan gitary i uporządkowano aranżacje, które stały się bardziej wygładzone, pozbawione jakichkolwiek chropowatości. Słychać, że zespół uważnie przygląda się współczesnej brytyjskiej (i nie tylko), indie rockowej scenie, co można wyczuć szczególnie w prowadzeniu sekcji rytmicznej, balansującej na krawędzi, między lekkim, rockowym pulsem a czysto tanecznymi rozwiązaniami. Słychać tu i późny The Fray a nawet specyficzną manierę Placebo, jednak James robi to wszystko delikatniej, z dużym wyczuciem i piekielnie chwytliwymi harmoniami, które mogą się zwyczajnie podobać. Ogólna zwiewność tych kompozycji przyczynia się zaś do powszechnego przekonania, że muzyka wpada jednym a wypada drugim uchem. Ja nazwałbym to brakiem nachalności. Być może faktycznie brakuje tu większej ilości ewidentnie radiowych hitów, jednak z drugiej strony, dostajemy jedenaście równych i fajnie zaaranżowanych piosenek. Klasa zespołu tkwi gdzieś pod powierzchnią, kryje się w melodyce, świetnie korespondujących ze sobą partiach instrumentalnych. Zespół nie kombinuje na siłę, nie jest krzykliwy, po prostu grzecznie stoi sobie za głośniejszymi i rozpychającymi się młodzianami. Cóż, ekipa Tima Bootha miała już swój udział przy podziale brytyjskiego kawałka tortu. Z drugiej strony – dojrzałość (ok. – stateczność…) nie musi być grzechem – taka konkluzja ciśnie mi się na usta.

Ktoś może uznać, że powyższe słowa są próbą podkoloryzowania nijakiej płyty. Błąd. James po prostu wypolerował brzmienie, docierając do popowego lukru, pozostał jednak sobą i to połączenie wydaje mi się najbardziej intrygujące. Nie ma smutku czy nerwów, jest równowaga i spokój. Czuję się usatysfakcjonowany, choć przytomnie zauważam też, że raczej wielkiej kariery we współczesnym, hałaśliwym i pędzącym świecie ta płyta nie zrobi…

Arek Lerch

Cztery