JAMBINAI – A Hermitage (Tell Tale Heart)

Post-rock umarł i nie jest to żadną prawdą objawioną. Formuła się wyczerpała, w jej obrębie zagrano już wszystko, co się dało, a żaden z czołowych przedstawicieli nurtu dawno nie nagrał dobrej płyty (może za wyjątkiem Godspeed You! Black Emperor – chociaż daleko im do formy na miarę „Lift Your Skinny Fists Like Antennas To Heaven”). Gdzie jednak żaden Amerykanin czy Europejczyk nie może, tam zawsze znajdzie się jakiś Azjata, który po prostu okaże się lepszy.

W przypadku Jambinai (lub jak ktoś woli – 잠비나이) miejsce pochodzenia ma bardzo duże znaczenie. Południowokoreański zespół nie jest zwykłą grupą post-rockową i choć niewątpliwie w jego twórczości pobrzmiewają echa wspomnianych GY!BE czy Mogwai, jej unikalny charakter wynika z umiejętnego połączenia rockowego instrumentarium z koreańską muzyką ludową. Jambinai wykorzystuje do tego celu tradycyjne instrumenty takie jak haegeum, piri czy geomungo i choć nie mam zielonego pojęcia, który z nich słyszę w konkretnym momencie, pozwalają one muzykom uzyskać fantastyczne brzmienie – bardzo niskie, głębokie i basowe, a przy tym zaskakująco ciężkie. Koreańczycy sprawnie lawirują na pograniczu metalu, a ciężar nie jest tylko wynikiem gitarowego przesteru, lecz w równym stopniu powstaje dzięki oryginalnemu – przynajmniej dla Europejczyków – brzmieniu wspomnianych instrumentów. Tak jest chociażby w otwierającym „Wardrobe”, który od początku atakuje ścianą hałasu i mocnymi partiami wokalnymi (tak, te zdarzają się na „A Hermitage”). Bardziej klasyczną, post-rockową kompozycją wydaje się być „For Everything That You Lost”, który rozwija się w typowy dla tego nurtu sposób. Co by jednak nie mówić, jest to utwór wyjątkowej urody. W „Abyss” pojawia się coś na wzór rapowania, „The Mountain” czaruje fantastycznym finałem z damskimi wokalizami, a zamykający album „They Keep Silence” pokazuje Koreańczyków jako kompozytorów całkiem zgrabnych, niemal piosenkowych form.Jambinai

Oryginalność Jambinai nie jest jednak tylko wynikiem fascynacji koreańską muzyką ludową, lecz tkwi ona także w dość luźnym podejściu do kompozycji. Większość utworów ma niewiele wspólnego z typowym dla post-rocka powolnym budowaniem napięcia i finałowym wybuchem w końcówce. Koreańczycy stawiają na swego rodzaju powtarzalność, stosując raczej coś na wzór układu zwrotka-refren – także w utworach instrumentalnych. Wszystko to sprawia, że ich propozycja zyskuje na prostocie i chwytliwości, a przy tym nie popełnia głównego błędu post-rocka – nie nuży. Wyjątkiem jest wspomniany już „For Everything That You Lost”, który jednak dzięki oparciu linii melodycznej na tradycyjnym koreańskim instrumentarium, momentami nabiera bardziej ludowego niż rockowego charakteru, choć niestety od plumkania w stylu God Is An Astronaut nie udało się do końca uciec.

Mam nadzieję, że dzięki występowi na tegorocznym Off Festivalu, a także za sprawą „A Hermitage”, koreański Jambinai nie będzie traktowany jedynie jako ciekawostka z Dalekiego Wschodu. Grupa zasługuje na coś zdecydowanie więcej, pokazując dobitnie dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, że da się jeszcze ze skostniałej formuły post-rocka wyciągnąć coś więcej niż kopiowanie patentów sprzed kilkunastu lat. Po drugie, Koreańczycy przypominają, że nie bez kozery mówiło się kiedyś o tym nurcie, że to muzyka końca świata.

Piękna ta apokalipsa.

Michał Fryga

Pięć