JACK WHITE – Lazaretto (XL/Sonic)

Stwierdzenie, że Jack White to fenomen, jest dość banalne w kontekście ogromnego sukcesu, jakiego na przestrzeni niespełna dwóch dekad doświadczył ten niepozorny i raczej niezbyt przystojny gość. Trudno zatem dziwić się, że najnowsza, solowa produkcja muzyka cieszy się dużą popularnością. Na którą – co może brzmieć niczym herezja – także i ja się złapałem…

Nie mam najmniejszego zamiaru ukrywać, że fanem Jacka nigdy nie byłem. Ba, kiedy eksplodowała popularność The White Stripes, byłem na etapie głębokiej niechęci do dwuosobowych składów i jeszcze większej niechęci w stosunku do perkusistek, bo kobieta i gary… cóż, nie chcę wyjść na szowinistę, jednak w przypadku uroczej skądinąd Meg chodzi bardziej o sposób grania, który zwyczajnie drażni. Co nie zmienia faktu, że duet doczekał się zawrotnej sławy, ugruntowanej takimi płytami jak chociażby „Elephant”. Trzeba jednak przyznać, że z czasem mr. Jack robił rzeczy coraz ciekawsze, z naciskiem na The Dead Weather, których płyta „Sea of Cowards” zrobiła na mnie spore wrażenie. Może dlatego, że Jack zajął się perkusją? Kto wie, choć nie chcę tutaj skupiać się tylko na narzekaniu. Jack stał się ikoną alternatywnego, vintage’owego wizerunku, nieodłącznie kojarzonego z Ameryką a pierwszy, sygnowany własnym nazwiskiem album „Blunderbuss” stał się najwyżej ocenianym, solowym debiutem w 2012 roku. Trudno się zatem dziwić, że choćby ze względu na ciekawość, sięgnąłem po „Lazaretto”.JW General Press Shot #2 by Mary Ellen Matthews

Pierwsza sprawa, na którą warto zwrócić uwagę to formaty wydania – limitowany nakład (specjalna wersja przygotowana przez Third Man Records), dwukolorowy winyl, specjalnie wyselekcjonowane do wydania grafiki i plakat. Ponoć album nie będzie także wznawiany. Cóż, trzeba sobie radzić ze spadającą sprzedażą płyt, choć akurat pan White nie musi na takie sprawy narzekać. Do rzeczy zatem. Przede wszystkim najważniejsza kwestia – wreszcie White przestał eksperymentować i stworzył muzykę, którą mogę puszczać sobie w samochodzie bez obaw, że po paru minutach zacznę się wk… W pierwszym momencie miałem wręcz wrażenie, że pomyliłem płyty. Wszystko klarownie wyprodukowane, czyściutko, poprawnie i przyjemnie. Zero dysonansów, tylko dobrze skrojona i zinstrumentowana muzyczka. Nadal słychać fascynację bluesem, jeszcze bardziej folkowymi ciągotkami, jednak tym razem wszystko pięknie pulsuje, jest świetnie zaśpiewane i w zasadzie każdy kawałek przyswajam bez oporów, co mnie samego dziwi. Nawet olewcze country „Alone In My Home” wchodzi mi bez oporów. Przyznam, że w pierwszym momencie słuchałem piosenek, zaś teraz skupiam się raczej na grze poszczególnych instrumentów, bo dzieje się tu sporo; jest i pianinko, są skrzypce a przede wszystkim – łatwo przyswajalne melodie. Pozornie klasyczne, „staro” brzmiące aranże przynoszą całą masę znakomitych rozwiązań i to właśnie na tej płaszczyźnie Jack White popisał się najbardziej. Zamiast wykręcać dźwięki, utemperował swoje zapędy, skupiając się na piosenkowej formie i to wyszło mu na zdrowie. I nawet jeśli nadal The White Stripes obchodzę szerokim łukiem, „Lazaretto” sobie nie odmówię.

Arek Lerch

Zdjęcie: Mary Ellen Matthews

Cztery