JACASZEK/BUDZYŃSKI – Legenda (Narodowe Centrum Kultury)

Zdarza się, ze bycie recenzentem uczciwym oznacza bycie recenzentem niesprawiedliwym. Nie potrafię obiektywnie i na chłodno odnieść się do reinterpretacji takiego albumu jak „Legenda” Armii, który jest w moim życiu doświadczeniem (słowo szumne, ale tu adekwatne) absolutnie fundamentalnym. Odczytanie go na nowo przez Michała Jacaszka to dla mnie coś więcej niż eksperyment z aranżacjami czy „płyta-ciekawostka”. Słucham tego materiału i czuję się, jakby ktoś opowiadał moje życie w zniekształcony sposób. Nie umiem powiedzieć sobie szczerze w oczy, że potrzebuję remake’u filmu, z którym tak się zżyłem.

Rozmawiając z Michałem Jacaszkiem dowiedziałem się nieco o metodzie twórczej przyjętej przy „Legendzie”. Oryginalne ścieżki zostały położone na dysku, następnie zwolnione kilkakrotnie, dograno do nich klicktrack i obudowano elektronicznym aranżem. Na to głos nałożył Tomasz Budzyński, bazując na tekstach i liniach wokalnych z „Legendy”. Struktury są zatem identyczne jak na oryginale, ale z poziomu odbiorcy jest to praktycznie niedostrzegalne bez znajomości kontekstu. Te utwory mogłyby równie dobrze uchodzić za autorskie dzieła Jacaszka. I tu wchodzimy na grząski grunt, bo w moim odczuciu wszystko, co wiąże ten album z armijną płytą, szkodzi mu i kotwiczy go przy ziemi. Nie chodzi nawet o sto ton balastu legendy „Legendy”. Problemem jest brak miejsca na zbudowanie własnej historii i opowiadanie w zamian cudzej. Wokal Budzyńskiego sprawia wrażenie dociśniętego na siłę i źle odnajduje się w upychaniu w te utwory tekstów zupełnie innych piosenek. Trochę w tym niepewności, trochę przypadkowości, trochę dziwnej improwizacji. Najwięcej zaś niespójnej emocji i letniej temperatury przekazu, który wrzał na oryginale. Nie jest to w żadnym razie płyta zła czy nieudana, kilka momentów jest wręcz znakomitych. Taki „Kochaj mnie” brzmi na przykład jak wyrwany z „Lifeforms” Future Sound of London. Sęk w tym, że takie potraktowanie „Legendy” wygasza jej emocjonalny wulkan i tonuje krzyk. I nie jest to kwestia formuły muzycznej, tylko filtrowania jednej wizji przez drugą. „Aguirre: Gniew Boży” Herzoga, tak jak „Legenda”, mógł powstać tylko w takim miejscu i czasie, w jakim powstał. Każde ponowne przytoczenie tej opowieści nie odda jej sprawiedliwości, bo nie może.Jacaszek/Budzyński

„Legenda” Armii jest albumem, na którym odnalazłem wszystko, co lubię w muzyce i wszystko mi się tam zgadza – od „technicznej” nadbudowy aranżu i brzmienia po ducha i energię, których nawet sami twórcy nie rozumieli. Nic tam nie wymaga opowiadania na nowo, bo od dwudziestu lat ta historia wybrzmiewa we mnie dokładnie tak samo jak w momencie jej poznania. Moje czepianie się jacaszkowej „Legendy” jest oczywiście w dużym stopniu podyktowane osobistym stosunkiem do „Legendy” armijnej. Nie umiem ani nie chcę od tego uciec. Przede wszystkim taka podróż w przeszłość wydaje mi się niepotrzebna w kontekście świetnych płyt, jakie współcześnie nagrywają i Jacaszek („Kwiaty”), i „Budzyński” („Toń”), i obaj we współpracy (rewelacyjny „Rimbaud”). Te głosy są dojrzałe, mocne i twórcze. Zmaganie się z czymś, co od dekad i tak żyje własnym życiem to w ich przypadku strata zasobów.

Bartosz Cieślak

Trzy