J.D. OVERDRIVE – Sex, Whiskey & Southern Blood (Metal Mind Prod.)

Debiutancka płyta katowickich piewców mocnego alkoholu i dobrego seksu (a może odwrotnie?) doskonale wpisuje się w obraz  amerykańskiego rocka w Polsce. Duch zza wielkiej wody przenika każdy dźwięk, zaraża słuchacza i daje przynajmniej chwilowe poczucie tego mitycznego, południowego luzu.

Chłopaki z J.D. Overdrive kupili mnie tym, że nie wstydzą się swoich inspiracji i nikomu na siłę nie wmawiają, że wymyślili własny, muzyczny styl. I tak nikt by w to nie uwierzył. Mamy tu więc bałwochwalcze pokłony bite przed Black Sabbath, uwielbienie dla DOWN czy Crowbar i wiernopoddańcze hołdy dla największej inspiracji katowiczan, czyli Black Label Society. Inspiracje to słuszne i oczywiste, jednak, jak wiadomo,  nie zawsze udaje się przenieść takie muzykowanie na zgoła inny, zimniejszy, polski grunt. Na całe szczęście, J.D. Overdrive nie stara się na siłę wymyślać prochu, kradnie riffy i charakterystyczny drive starszym i utytułowanym kolegom zza wielkiej wody, miesza ze swoim świeżym jeszcze i kipiącym entuzjazmem, pichcąc w ten sposób strawę kaloryczną, ale i doskonale smakującą. Od pierwszych dźwięków słychać, że grupa stawia na naturalnie płynące aranże, bez niepotrzebnej gmatwaniny. Prostota wynagrodzona zostaje za to dużą plastyką kompozycji, które lepią się do ucha i nie chcą odczepić.

Wspomnianą formację  pana Zakka czuć wyraźnie w „Ballbreaker” czy ‚Guilt and Redemption”, jest  potężne, ołowiane niemal przyłożenie w stylu Windsteina w „Boot Hill” (co ciekawe, w tym numerze maniera wokalna może kojarzyć się z Alice In Chains…) czy żywszy, optymistyczny niemal „Truth Teller”. Z całej masy potężnych kompozycji wyróżnia się zapewne kower hendrixowskiego klasyka „Purple Haze’. Może się podobać albo nie, nie można jednak odmówić chłopakom dbałości o zachowanie klimatu tej kompozycji. Płytę kończy akustyczny „Into The Same River” a nam pozostaje w głowie konkluzja, że Black River i Corruption wyrasta solidna i groźna konkurencja…

Trudno w tym momencie wznosić się na intelektualne wyżyny, by wymyślić jakieś epickie metafory opisujące dzieło D.J. Overdrive, bo i też niepotrzebne są wielkie słowa. To w gruncie rzeczy muzyka wyrastająca z sztuki ulicy, z niewolniczych blues’owych pieśni, dźwięk buntu, śmierdzący łajnem i wódką. Nie o intelektualne wymysły tu chodzi a o porządne przypierdolenie, smród lamp w Marshallach i nieśmiertelnego Gibsona w łapach. No i nieodłączny produkt koncernu z Tennessee, palący gardło. Czegóż można chcieć więcej od życia?

Arek Lerch 5