IUGULATUS – Satanic Pride (The End of Time)

Debiutancka płyta Iugulatus była w swoim czasie materiałem dość dobrze przyjętym przez rodzime podziemie. Nic w tym dziwnego bo „Call of the Horned God” to naprawdę niezły kawałek black metalu a nawet coś więcej. Iugulatus jaki poznałem kilka lat temu to zespół, który mógł zaskoczyć lekkością z jaką łączył różne, metalowe ścieżki a wszystko pod sztandarem czarnej sztuki. Bowiem black według Iugulatus to muzyka przede wszystkim intrygująca, dlatego po nowy materiał zespołu sięgnąłem z ciekawością.

„Satanic Pride” to godny następca więcej niż udanego debiutu. Jest to też płyta, która mimo tego, że zawiera bardzo interesującą muzykę, jak do tej pory nie doczekała się konkretnej promocji i uznania, na które zasługuje.

„Satanic Pride” to kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na swojej pierwszej płycie. To ciągle ten sam przesiąknięty na wskroś smołą black metal, który zabija przede wszystkim chorym, infernalnym klimatem. Mam takie wrażenie, że wraz z każdym kolejnym utworem zawartość substancji smolistych staje się coraz bardziej przytłaczająca i wręcz trudna do zniesienia. Iugulatus gra muzę bardzo duszną i nie chodzi tu o jakieś szczególnie częste epatowanie blastem. Zespół ten w samej sferze muzyki sięga naprawdę bardzo, ale to bardzo głęboko. Jest to jeden z niewielu bandów nie tylko na krajowej scenie black, które grają taką muzykę i nie jest to granie proste czy wręcz prostackie. Jeśli przebijemy się przez zdecydowanie pierwszoplanowy, obłąkany wokal i świetny przesiąknięty czernią klimat, to właściwie każdy kawałek może nas mocno zdziwić. Zmiany tempa, ciekawe a czasem wręcz bardzo dla gatunku nietypowe riffy sprawiają, że jest to muzyka, która wykracza zdecydowanie poza ramy tego, co tworzy większość zespołów rozumianych jako black.

„Satanic Pride” to być może płyta, która przejdzie bez większego echa lecz jak dla mnie jest to album, który w tej chwili stawiam tylko trochę niżej od genialnego „Henbane” Cultes des Ghoules. Album, który łączy w sobie wszystko co mroczne, klasykę w stylu Black Sabbath z muzę naprawdę ekstremalną i to robi z klasą i wręcz niezbędną dla takich połączeń finezją. Jako, że nie lubię wycieczek na skróty, nie podam Wam „najlepszych kawałków”, które usłyszycie na „Satanic Pride”. Nie ma lekko. Tego szaleństwa, tej chorej atmosfery trzeba doświadczyć na własnej skórze…

Wiesław Czajkowski

Pięć