IRON TO GOLD – In the Zone (Last Warning Records/Anger Battery)

Kuj żelazo póki gorące; nie wiem czy tak dosłownie tłumaczy się ich nazwę, ale to staropolskie przysłowie wydaje mi się całkiem adekwatne do tego co te chłopaki wyprawiają. Iron To Gold dopiero co naładowali broń kolejnymi czterema kulami w postaci kawałków, zawierających czystą esencję hardcore’a i metalu, ze sporą dawką prochu bezdymnego. Ten bardzo skondensowany materiał, jakby się dobrze rozejrzeć, można dostać na mieście, dzięki porozumieniu Last Warning Records, którym zarządza obecny basista tej rodzimej hordy i Anger Battery, działającego na terenie Wielkiej Brytanii.

Krótka piłka – myślę, że każdy kto zdecyduje się odpalić ten mini album w formacie mp3, czy za pomocą gramofonu (innej opcji nie ma, gdyż „In The Zone” w formie fizycznej ukazało się wyłącznie na winylowej siedmiocalówce), nie uwierzy jak można tak konkretnie wyłapać w pysk i dalej stać o własnych nogach. Gęba nie szklanka i już po chwili można słuchać od nowa, tak jest praktycznie za każdym razem, kiedy ci goście zarejestrują swoje nowe pomysły w studio. Ok, małe info dla laików: zwracam uwagę na fakt, że to nie jest ich debiut, a już w zasadzie czwarty w kolekcji krążek, zaczynający się od krótkiego intro wyciętego z „Twin Peaks”, jest więc też coś dla maniaków popularnych seriali. Po kilku sekundach prosto na głowę spada ściana dźwięków, mogąca wywołać konwulsje u osób o słabszych nerwach, ten tytułowy track jedzie ciężko, szybko i zarazem swobodnie, jak Glen Benton na swoim Harley’u. Żeby nie było, kluczowe tutaj słowa hc i metal, należy rozpatrywać bardziej w kategorii crossover, czy thrash, proszę przez przypadek nie mylić tych pojęć z metalcore, czy innym tworem metalopodobnym, tak w gwoli wyjaśnienia. Dalej, dwa kolejne kawałki zapieprzają z prędkością światła, są elegancko wmontowane zwolnienia, wszystko się zgadza. Na dość szybki koniec „Beyond”, tutaj akurat jest wolniej i bardzo dobrze, można trochę odsapnąć. Ciężko brzmiący bas, mocne bębny, inaczej rzecz ujmując – potęga.

To co do tej pory nagrali ITG pewnie dałoby się opakować w pełnowymiarowy album, ale z drugiej strony po co? Dla mnie osobiście to naprawdę fajna sprawa móc co parę miesięcy dostać nowe piosenki, limitowane okładki i odświeżyć sobie nazwę, zatem – nie wszystko na raz. Z biegiem lat zdecydowanie preferuję jak jest mniej, ale treściwie, zamiast zwyczajnego męczenia buły. Poza tym tak jest pewnie łatwiej samemu zespołowi, z tego prostego powodu, że nie wszyscy codziennie się widują, jedni żyją po sąsiedzku, inni poza miastem, a jeszcze inni chwilowo za granicą. Taka sytuacja. Mógłbym bez najmniejszych wyrzutów sumienia polecić ep-kę prawdziwym metal head’om jak i każdemu, szanującemu się hardcorowemu dzieciakowi. Jest w tym zespole cała masa szczerości i generowanej od lat konsekwencji, co się bardzo liczy w obecnych czasach, nie tylko w światku muzycznym. Chwała im za to.

Sam Tromsa

Pięć