IRON REAGAN – The Tyranny of Will (Relapse)

Kto w dzisiejszych czasach nagrywa płyty zawierające 25 kawałków? Chyba tylko grind core’owcy. W tym konkretnym przypadku okazuje się, że na luzie można napieprzać solidny crossover/thrash metal i nie męczyć przysłowiowej buły długością materiału. Chłopaki zwą się Iron Reagan i stanowią wypadkową takich kapel jak Muncipial Waste, Darkest Hour, czy Cannabis Corpse. Żeby było jeszcze ciekawej wydawcą tej wygrzebanej ze śmietnika perełki, jest nie kto inny jak Relapse Records, którzy, jak wiadomo, lubią różne dziwactwa; tym razem jest to dość mocno ukierunkowany gatunkowo projekt. I bardzo dobrze.

Nie lubię określenia supergrupa, ale cóż. Wypadałoby chyba znać przynajmniej jeden z zestawu zespołów wymienionych powyżej, albo może chociaż coś, komuś obiło się o uszy. Panowie już kiedyś postanowili połączyć swe siły i powołać do życia Iron Reagan, a pierwszy raz dali o sobie znać w 2012, wydając taśmę demo, następnie rok później longplay „Worse Then Dead”. Nowy krążek „The Tyranny Of Will” wznosi ich jednak na wyżyny tego co postanowili wspólnie tworzyć, i jest zdecydowanie najlepszą nagrywką jaką do tej pory spłodzili. Co my tu mamy? Klasycznie, ultra szybkie thrash metalowe killery, ale i średnie tempa, dające konkretnego, hardcorowego łupnia. Na głowę sypią się znienacka gęste solówki, co moim skromnym zdaniem jest ważnym elementem takiego rzępolenia, swoją drogą, jak można nie lubić precyzyjnego piłowania palcami po gryfie gitarowym? Proszę! Jeśli chodzi o wokale, postawili na pewnego konia – Tony Foresta, typ chyba nikgo nie zawiedzie, dobrze wyszczekany i mocno skondensowany głos, mam przez to na myśli ilość słów wypowiadanych na sekundę, co by nie przeciągać, wpasowuje się w temat idealnie. Lirycznie nie jest to poezja wysokich lotów, takie tytuły jak „Rat Shit”, „The Living Skull”, czy „Eyeball Gore”, mogą dać pewien obraz tego, co tam się wyprawia, czyli historie rodem z horrorów klasy B.

Iron band

Po paru przesłuchaniach nie mam złudzeń, że jest to materiał bardzo dobry, nie zamula, zresztą nie ma na to czasu. Przy tej prędkości z jaką zapierdziela od momentu włączenia „graj” w odtwarzaczu, nie dasz rady choćby ziewnąć, dostajesz w pysk z pięści i do końca płyty będziesz próbował dojść do siebie, chwiejąc się na nogach. Występują tam też kawałki trwające np. 0:11, inaczej ten album musiałby ciągnąć się pewnie przez 2,5 godziny, a tak, jak sami widzicie, nie za bardzo jest kiedy podrapać się w tyłek. Nie powiem, że specjalnie brakowało mi takiej płyty, ale jak na nowe wydawnictwa jest to naprawdę świeży powiew, jeśli już o punk’owo/metalowych klimatach mowa, tym bardziej, że formuła Muncipial Waste trochę się wyczerpała, więc chłopaki mądrze zrobili, biorąc się z większym zaangażowaniem za band znacznie bardziej urozmaicony gatunkowo, co oczywiście na duży plus dla nich. Reasumując, rękodzieło rekomendowane lubiącym wskoczyć do kubła na „śmieci”, po to aby z pomiędzy zgniecionych puszek po piwie, pustych pudeł po pizzy, zużytych kondomów i papierosowych kiepów wygrzebać taki tłusty kąsek jak „The Tyranny Of Will”. Bon appetit!

Sam Tromsa

Cztery