IRON MAIDEN – The Book Of Souls (Parlophone)

„Czas nas uczy pokory”, czyli na polskie: wyżej pleców nie podskoczysz. Maideni od dwóch dekad wykonują swoje podskoki, mając w pamięci, że kiedyś nie takich cudów się dokonywało. Wciąż mocno się napinają i wyszło z tego to co jest. Przynajmniej mamy temat do rozmów.

Być może gdyby nie ta napinka, otrzymalibyśmy „Virtual XII”, więc nie ma co obrażać się na zespół. Gdzieś na wysokości płyty „A Matter of Life And Death” Iron Maiden postanowił, że heavy metal to niezwykle poważne zajęcie i od tej pory będzie właśnie kwestią życia i śmierci. Długie utwory zastąpiono dłuższymi, a dłuższe bardzo długimi. Ważkim sprawom nadano jeszcze głębszy wymiar, bo dobra muzyka, to muzyka zaangażowana emocjonalnie. Patos i Iron Maiden zawsze szli ręka w rękę, ale ten „ostateczny”, mentorski ton i samozadowolenie z „gramy majestatycznie” wyraźnie nasiliły się na ostatnich wydawnictwach zespołu albo stały się po prostu bardziej słyszalne, gdy przestał zagłuszać je huk młodych strzelb z chwalebnych lat 80. Nie można odmówić Brytyjczykom, że starają się po tylu latach próbować stworzyć album pod względem muzycznym istotny. Otwierający płytę „If Eternity Should Fail” istotnie proponuje nam riff z „Edge of Thorns” Savatage, więc ci, którzy twierdzą, że Iron Maiden stoi w miejscu, racji nie mają – cofnął się w czasie do 1993 roku. Otwarcie „Shadow of The Valley” istotnie (i bezwstydnie) powiela wstęp z utworu „Wasted Years”, a melodię wokalną ze zwrotki „Lord of The Flies”. Poza autocytatami i heavy metalowymi kliszami, znajdziemy tu kilka bardzo dobrych zagrywek. Zaskakująco świeżo i kojąco gra nam riff następujący po drugim refrenie w „The Man of Sorrows”, a finezyjnie bluesujące solówki w tymże to sygnał, że poczucie dobrego smaku rozkwita wraz z wiekiem.

Jak w każdej dobrej historii, także i tutaj musi pojawić się czarny charakter. Przez lata rozpieszczał nas lekkością wysokich dźwięków. Być może to kwestia (wyleczonego na tę chwilę) nowotworu języka, lecz głos Bruce’a poważnie się obniżył. Rzecz w tym, że Pan Dickinson bardzo stara się gruchnąć pupskiem w te wysokie dźwięki, które niegdyś łapał leciutko siatką na motyle. Słychać gramolenie, wysiłek wokalisty, co buduje szacunek, ale niszczy swobodny odbiór muzyki. Kreowany na płycie klimat mistycyzmu nie odpowiada jego obecnej kondycji wokalnej. W takiej formie lepiej zaśpiewać w duecie z Chrisem Holmes’em (ex-W.A.S.P.) starego, dobrego rock’n’rolla, bo barwa i zacięcie są jak trzeba.Iron2

Iron Maiden potrafi doskonale trwonić kapitał danego riffu (zazwyczaj zwrotka), prezentując zupełnie bezpłciowe podkłady gitarowe w refrenach (co może stanowić powód nijakich melodii wokalnych). Gdy tzw. człowiek już cieszy się, słysząc należycie rozpędzony zespół, dostaje kolejną bezbarwną biesiadę na smutno w stylu „Tears of The Dragon”. Jednym z chlubnych wyjątków jest pieśń „The Book of Souls”, gdzie siłowy, niski głos Bruce’a świetnie radzi sobie z wreszcie mroczną zwrotką, a następnie wybiera półprofesjonalny podkład dźwiękowy i nuci wraz z gitarą całkiem oryginalny prechorus. Zespół nadal hołduje zasadzie „dłużej znaczy lepiej”, a skoro „nie da się” przez osiemnaście minut łoić heavy metalu, należy sprawić fanom taki prezent jak infantylny „Empire Of The Clouds”, w którym sentymentalność staje się momentami nieznośna. Ale kto staremu zabroni?

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu fanów dzisiejsze wady Iron Maiden są jego zaletami, szczególnie mając na uwadze nieubłagany upływ czasu. Dziś nawet Chińczyki nie trzymają się mocno. W takim kontekście uprawnione jest stwierdzenie, że „The Book of Souls” wstydu nie przynosi. Tyle musi nam wystarczyć.

Kuba Kolan

Trzy i pół