IRON MAIDEN – The Final Frontier (EMI)

Płyty takie jak piętnasty długograj Iron Maiden stanowią doskonałą nauczkę dla każdego, kto biorąc pewne rzeczy za pewnik, próbuje z góry wydać o nich wiążący sąd.

Wiem, co piszę. Sam się o tym przekonałem. To, że Żelazna Dziewica wydaje swe kolejne dzieła w dość regularnych odstępach czasu jest rzeczą równie oczywistą, co nogi Elżbiety Jaworowicz, wystające zza biurka w każdym odcinku „Sprawy dla reportera”. Do tej pory wspólnie z kilkorgiem znajomych wyznawaliśmy sinusoidalną zależność między paroma ostatnimi albumami zespołu Steve’a Harrisa – te zdecydowanie szczytowe bądź bardzo dobre przeplatane były nieco słabszymi. Taka teza zdawała się działać bez zarzutu, w związku z czym po usłyszeniu utworu „El Dorado”, który najwcześniej wyciekł do internetowego obiegu, nie będąc szczególnie doń przekonanym, przygotowałem się na wydawnictwo tego pośledniejszego sortu. Kiedy „The Final Frontier” trafiła na sklepowe półki i w końcu mogłem skosztować całego nowego materiału, trafiło do mnie, że wszystkie teorie wzięły w łeb. Fakt, że to piętnaste studyjne dokonanie w trzydziestopięcioletniej karierze tego znanego wszystkim zespołu aż prosił się o wysnuwanie błędnych domysłów i szukanie dziury w całym. Nic bardziej mylnego. O ile wydany w 2006 r. „A Matter of Life and Death” z miejsca zaliczyłem do absolutnych wyżyn twórczości Irons, tak z najmłodszym dzieckiem Brytyjczyków sprawa nie jest taka prosta. Ta płyta każe do siebie pomału dojrzewać. Każda z zamieszczonych tu dziesięciu kompozycji objawia swoją wartość i blask dopiero po kilku uważnych przesłuchaniach. To być może dlatego muzyka z „The Final Frontier” ma w sobie coś ponadczasowego. Ogólnie rzecz ujmując, dostajemy na niej Iron Maiden dojrzalszą niż kiedykolwiek i ze wszech miar szlachetniejszą. Pomimo iż to wciąż ten sam zespół, piszący pełne rozmachu, podniosłe numery, to mam wrażenie, że akcenty położono tym razem gdzie indziej. Pierwszy raz od czasu kontrowersyjnego „The X Factor” programu nie rozpoczyna prosta heavymetalowa piosenka. Pierwszych kilka minut „Satellite 15… The Final Frontier” znacznie bardziej kojarzy się ze spacerockowymi odjazdami rodem z lat 70-tych – pogłosy, echa i wybrzmiewające gitary budują niepokojący klimat wraz z kotłującą perkusją. Właściwej kompozycji tytułowej bliżej natomiast do hardrockowych standardów AC/DC. Podobnie nietypowo jest dalej – wspomniany „El Dorado” to bodaj najsurowsza propozycja grupy w ciągu ostatnich lat, natomiast powerballadowy „Coming Home” przywodzi na myśl solowe dokonania Bruce’a Dickinsona. Co ciekawe, bębniący Nicko McBrain praktycznie całkowicie wyeliminował ze swej gry charakterystyczny galopujący rytm i postawił tym razem na grę bardziej dostojną oraz średnie tempa. Jedynym wyjątkiem jest tu w zasadzie klasycznie rozpędzony „The Alchemist”. Nie brakuje też momentów wyraźnie progresywnych, w których zespół specjalizuje się od dawna – słychać tę tendencję szczególnie w stopniowo rozkręcającym się „Isle of Avalon” czy „The Talisman”, gdzie szybką heavymetalową jazdę poprzedza nastrojowy akustyczny wstęp. Zamykający całość jedenastominutowy epos „When the Wild Wind Blows” stanowi natomiast idealne podsumowanie całej tej niepowtarzalnej przejażdżki – głos Dickinsona mistrzowsko buduje atmosferę, przechodząc od spokojnych, cichych wersów, do strof wyśpiewanych z pełną mocą i zaangażowaniem; dziwnie znajomy wydaje się również sam główny motyw melodyczny. Pomimo paru mikroskopijnych zagrywek, ujawniających zbyt bliskie podobieństwa z utworami ze starszych płyt, „The Final Frontier” robi zaskakująco świeże wrażenie. Słychać, że tym pięćdziesięcioparolatkom chce się jeszcze własną muzyką bawić i że nie zawahają się ponaginać nieco swych typowych stylistycznych ram. A mogliby przecież odgrzać kilka kotletów, co pewnie usatysfakcjonowałoby sporą gromadkę fanów. Tymczasem – nie boję się tego napisać – przygotowali swój najbardziej wymagający materiał od wydania „The X Factor”, dając jasno do zrozumienia, że nawet tak rozpoznawalnej formacji, jak oni, nie należy mierzyć ciągle jedną miarą.

Cyprian Łakomy

Pięć i pół