IPERYT – The Patchwork Gehinnom (Pagan Records)

Iperyt to twór unikatowy na skalę polskiego undergroundu. Jeden z niewielu zespołów, które odważyły się zmieszać black metalową smołę ze strukturalnie zimną kaskadą pokiereszowanych sampli. Jest to też jeden z niewielu zespołów, nie tylko w skali naszego kraju, w którym irracjonalny automat perkusyjny potrafi obronić swoje miejsce w muzyce. Idąc dalej, Iperyt to jeden z niewielu zespołów, który pojęcie „muzyka ekstremalna” potrafi bez problemu przenieść na sceniczne deski. Sześcioletnia przerwa wydawnicza rozbudziła apetyt na dzikie, dźwiękowe harce, jakim oddaje się bez reszty ten skład niemal do drażniącego poziomu. Dlatego też opinia o „The Patchwork Gehinnom” mocno ugina się pod ciężarem oczekiwań.

Trzeci album Iperyt nie zaskakuje. Materiał ten eksploruje znane z twórczości tego bandu rewiry, czerpie garściami z bardzo podobnych zagadnień jak wcześniej. I to może być już pierwszy zgrzyt na liście opisującej doznania towarzyszące kontaktowi z nowym dziełem zespołu. Dlaczego? No cóż, po „sonicznych terrorystach” można było spodziewać się kolejnej niszczącej system rewolucji. Tymczasem w gruncie rzeczy mamy tu kontynuację. Może się czepiam, może oczekiwałem deszczu laserowych meteorów i eksplozji rozlatujących się w drzazgi mikrofalówek, ale mimo wszystko czuję lekki niedosyt. „The Patchwork Gehinnom” to naturalna droga ewolucyjna, która ukształtowała twórców w sposób dość spodziewany. Subiektywnie oceniam to, jako drobną wadę, ale obiektywnie można stwierdzić, że zespół osiągnął maksymalne wręcz wyniki w kreacji skrajnie autorskiego stylu, za co bez wątpienia należą się brawa i pokłony.

Jedenaście nowych kompozycji z obozu Iperyt nie zdemoluje Waszego muzycznego świata. Co ciekawe, jest to zdecydowanie najlepszy materiał tego zespołu pod względem kompozycyjnym – w warstwie gitarowych riffów dzieje się tu tak dużo dobrego, że spokojnie można by treścią obdzielić kilka nikomu nie potrzebnych zespołów. W teorii podlewając świetne numery sosem w postaci bezceremonialnie żywotnego „techno” powinniśmy otrzymać płytę, która wbija nas w podłogę już po kilku minutach. Tak się jednak nie dzieje, a przynajmniej nie dzieje się na 100%.I

Niestety, ale „The Patchwork Gehinnom” został właściwie zepsuty w procesie produkcji. „Oczko mu się odlepiło, temu misiu” można by rzec z odrobiną złośliwości. Naprawdę, jest mi niezmiernie szkoda tej płyty. Rewelacyjne numery, które niczym trzymamy na łańcuchu wściekły doberman rwą się by skoczyć nam do gardła, kończą na samych chęciach zasadniczo nie przechodząc do działania. Dziwna jest produkcja tej płyty, wysysająca z niej dynamikę i energię. Pozbawiona czytelnego akcentu na atuty. Słowem, nie jest dobrze.

Mam duży problem z oceną „The Patchwork Gehinnom”. Z jednej strony jest to materiał po prostu wypchany po brzegi świetnymi numerami. Z drugiej wyprodukowany w sposób bezpłciowy. Skoro jednak płyta to całość, czyli koncept, kompozycje, brzmienie, grafika, produkcja brutalnie szczerze stwierdzam, że jestem zawiedziony zmarnowanym potencjałem. Oczywiście, jest duża szansa, że w wydaniu live piosenki te będą niszczyć tak zwane obiekty, ale póki co mowa tu o płycie, a ta generalnie solidnie zawodzi.

Wiesław Czajkowski

Trzy