INTRONAUT – Valley of Smoke (Century Media)

Końcówka tego roku przyniosła całkiem pokaźną dawkę muzyki, którą zwykłem określać metalem myślącym. W wielu odtwarzaczach zapewne wciąż kręci się w najlepsze „Jupiter” powracającego Atheist, poprzedzony nowymi wydawnictwami nieco młodszych kolegów z The Ocean i War From A Harlots Mouth, tymczasem ci, którzy szukają w graniu czegoś zgoła innego niż tego, by było łatwo, lekko i przyjemnie, prędzej czy później sięgną po trzecią płytę Intronaut.

Ten kalifornijski kwartet już swym debiutanckim krążkiem „Void” zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko i od tamtego czasu systematycznie przebija się na czoło metalowej awangardy. Będąc wspólną przestrzenią dla tak rozstrzelonych gatunków, jak death metal, rock progresywny, post-rock czy w końcu jazz, twórczość Intronaut cechuje eklektyzm z jednej, i ciężkostrawność z drugiej strony. Pomimo uzyskanego w pewnych kręgach kultowego statusu, nie jest to rzecz dla każdego. Słuchając „Valley of Smoke”, nie mogę pozbyć się wrażenia, że temu elitaryzmowi dano tym razem ciut za duży priorytet.

Te osiem kompozycji stanowi przedłużenie kierunku, który zapoczątkowano jeszcze na „Prehistoricisms”. Mimo iż więcej w nich zadumy niż znanej z debiutu agresji, nie zmieniło się silne zagęszczenie patentów na minutę. Tym razem zastanawiam się, czy aby panowie celowo nie robią sobie zbytnio pod górkę, zakłócając klarowność wywodu wprowadzanymi na siłę załamaniami rytmicznymi, co można zauważyć już pod koniec otwierającego „Elegy”. Sporo tu w ogóle kontrastów, zestawień patentów naładowanych energią z fragmentami o wręcz relaksacyjnym zabarwieniu (np. „Miasma”), lecz wszystko to zdaje się pozbawione jakiegoś wspólnego sensu, który mógłby wynikać z takich stylistycznych kolizji. Wisienką na torcie, a właściwie języczkiem u wagi jest numer tytułowy, stworzony przy współudziale Justina Chancellora z Tool. Ten ostatni zdołał przemycić gdzieniegdzie typową dla swej formacji melodykę, co słychać zwłaszcza w linii basowej, oraz puls, które sprofanowało zastosowanie dwóch zestawów perkusyjnych. Ostatecznie mamy arytmiczny i średnio nadający się do słuchania przerost formy nad treścią. Po blisko 50 minutach „Valley of Smoke” dobiega końca, a człowiek myśli sobie, czy aby nie ominęło go coś istotnego, bo średnio cokolwiek pamięta. Bo pomimo niezaprzeczalnego faktu, że w materiale tym tkwi spory potencjał, zespół jakby umyślnie pozostawił poszczególne wątki nieuporządkowane w oczekiwaniu, że ktoś inny (w tym wypadku: odbiorca) zechce ten bałagan przeanalizować.

Cyprian Łakomy 3