INTERVALS – In Time

Kto śledzi progresywny metal, a w dodatku jego stricte instrumentalną odsłonę, już dawno powinien mieć na swoim radarze Intervals. Ta północno-amerykańska formacja reprezentuje dokładnie wszystko to, czego brakuje innym tego typu zespołom, które niby mają własną wizję tego jak grać djent, a jednak im nie wychodzi.

Prawdopodobnie nie jest to li tylko wynikiem niedoborów talentu, ale zaznajomienia z innymi gatunkami gitarowej sztuki. Bo, jak wiemy z płyt Chimp Spanner, fusion doskonale łączy się z nową mutacją metalu, a mariaż gitar i elektroniki, w przystępnej, ale bardzo inteligentnej formie zaproponował Remi z The Algorithm. Intervals mają w sobie właśnie wszystkie te powyższe elementy, plus pierwiastek będący Bożą iskrą, talentem, zmysłem kompozycyjnym i genialnym warsztatem, którego należy zazdrościć. Co więcej, o ile w przypadku większości zespołów z tego nurtu, sporą wagę przywiązuje się do wokali, mało kto decyduje się na udostępnienie materiału wyłącznie w formie instrumentalnej. I to jest potężny atut Intervals, bo każdy dźwięk zawarty na „In Time” chłonie się, rozpracowuje na własny sposób i analizuje, w którym dokładnie miejscu ta mocno wykalkulowana muzyka pożeniła się z emocjami, przebojowością i wybitnie koncertowym flow, będącym zasługą fantastycznej sekcji rytmicznej, która „prowadzi” ten band do przodu.

Zazdroszczę zachodowi takich zespołów. Przejawów talentu, który w końcu musi zostać zauważony przez odpowiednio duży label. Stawiam na Metal Blade, bo tam jeszcze djentu nie było, a czas najwyższy, bo jego odsłona w wykonaniu Intervals wykracza poza to, co robią koledzy ze Starego Kontynentu. Ba, nawet bliżej im do After The Burial niż Meshuggah.
Lepiej być nie może.
 
Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery