INTER ARMA – Sky Burial (Relapse)

Ta płyta utwierdza mnie w przekonaniu, że jest coś takiego jak “firmowe brzmienie Relapse”. Zastanawiam się wręcz, czy zespoły pokroju Inter Arma celowo nie preparują swoich dźwięków z myślą o rychłym kontrakcie z niezależnym molochem? Oczywiście, trudno posądzać zespół z Richmond o takie wyrachowanie, jednak takich wniosków nie da się uniknąć, słuchając „Sky Burial”.

 

Patent na taką muzykę zdaje się być prosty. Bierzemy posępny, grany na obniżonym stroju, sludge’owy riff. Ale nie spowinowacony z metalem, raczej wywodzący się w prostej linii z crusta. Brudny, zapiaszczony i rozjechany psychodelicznym walcem. Jednak, na przekór owemu walcowi wystawiamy od czasu do czasu grindową szarżę, co wprowadza dodatkowy, dramatyczny wątek. Wszystko przykryte jest zaś zwiewną, post rockową, najlepiej jesienną aurą. Psychodelią znaczy. Od czasu do czasu wpadającą w niemal atonalny jazgot. Jak to brzmi? Niczym połączenie muzyki ISIS, Minsk z odrobiną szaleństwa Cephalic Carnage. Muzyka nieustannie się zmienia, od posępnych, brudnych pasaży, aż po szaleńcze erupcje chaotycznych przyspieszeń. Te ostatnie są dodatkiem, bo zespół głównie bawi się w tworzenie niesamowitego, przygnębiającego krajobrazu, dodajmy – bardzo sugestywnego i miejscami mocno kojarzącego się z poszukiwaniami SWANS, jeśli chodzi o dozowanie tzw. „katedralnego hałasu”.

Słowa „poszukiwanie” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo faktycznie spora część tematów brzmi jak niezła improwizacja na dużym kwasie. Inter Arma zapuszcza się w gąszcz brzmień,  bawiąc się dźwiękiem i szukając dla niego zupełnie nowych dróg ujścia. Stąd może porównania do mistrzów industrialnego hałasu, bo w momentach największego spiętrzenia dźwięku brzmią jak łabędzia orkiestra końca świata. Udaje się to także dlatego, że zespół nie obawia się rozciągać swoich kompozycji do ponad dziesięciu minut,  zabierając słuchaczy szamańskie rytuały. Osobiście zdecydowanie preferuję właśnie te wolniejsze, transowe podróże, blasty traktując raczej jako nieszkodliwą ciekawostkę. Cała płyta trzyma równy poziom, jednak warto wspomnieć o utworze „The Long Road Home”. Dwuczęściowy kolos (blisko 14 min) startuje akustycznym intro, które płynnie przechodzi w długą, improwizowaną opowieść. Bluesowy wstęp, delikatne dźwięki przybrudzonych gitar są mocno ilustracyjne; łatwo wyobrazić sobie mozolną drogę do domu. Zapewne trwała ona bardzo długo, bo w finale mamy okrutny blast, czyli, pozostając w konwencji filmowej, gwałtowną zapewne reakcję małżonki na zbyt opieszały powrót strudzonego dobrodzieja do rzeczonego domu. Pewnie garnki poleciały. Żarty żartami, ale kompozycja jest mistrzowska, choć nie ustępują jej takie pieśni jak „Destroyer” czy mocno „girowaty” „Westward” i wałek tytułowy. Dla odmiany akustyczny „Love Absolute” mógłby z powodzeniem zagościć na „Other People” The Angels of Light…

I w tym miejscu rodzi się pewien problem. Chodzi o to, że w 2013 roku trzeba być zwyczajnym maniakiem takiego muzykowania, bo stylistyka – niestety – powoli staje się mocno wyeksploatowana. Kto miał zapuszczać brodę, zrobił to, tatuaże też pokrywają znaczne części ciała. Paradoksalnie, otwarta i w sumie eksperymentalna forma po kilku latach dość szybko dotarła do ściany. Wspomniany paradoks polega na tym, że nadal, mimo świadomości skończonej/ograniczonej stylistyki, takiego grania doskonale się słucha, łatwo wpaść w zachwyt nad rozmachem kompozycyjnym i na tym właśnie polega ciągły fenomen zespołów typu Inter Arma.

Arek Lerch

Pięć