INTER ARMA – Paradise Gallows (Relapse)

Nie jestem przekonany, czy płyty takie jak „Paradise Gallows” powinny mieć swoją premierę w lipcu. Tego typu muzyka chyba średnio nadaje się do wypoczynku nad morzem. Szefostwo Relapse zdaje się jednak iść po prąd, właśnie w środku lata wydając jedną z najbardziej mrocznych płyt tego roku. A ja, zamiast odrzucić ją w kąt i poczekać na jakiś beznadziejnie długi, jesienny wieczór, z masochistyczną przyjemnością niszczę sobie letnie samopoczucie.

Przewrotność w poczynaniach zespołu widoczna jest też w podejściu do oprawy graficznej. Pod żadnym pozorem nie dajcie się zwieść kolorowej okładce, nawet jeśli łajba tonie pośród ciemnych chmur. Patrząc na nią, prędzej można spodziewać się kolejnych fanatyków Mastodon, ewentualnie kapeli nawiązującej do aktualnego oblicza Baroness. Tymczasem okazuje się, że przyklejona do Inter Arma łatka „blackened sludge” jest tym razem wyjątkowo trafna. „Paradise Gallows” jest cholernie subiektywnym krążkiem, na którym stężenie mroku bije na głowę większość black metalowych albumów. Ogromnym plusem jest brzmienie płyty – zdaję sobie sprawę, że przy obecnych możliwościach wykręcenie dobrego soundu nie jest może szczególnie imponującym wyczynem, jednak rzadko zdarza się, żeby dźwięk lepił się i ciągnął aż tak bardzo, a czerń była wręcz namacalna. Nawet jeśli zdarzają się chwile bardziej przestrzenne („Nomini” – to kolejna pułapka!, instrumentalny „Potomac” czy mający charakter ballady „When The Earth Meets The Sky”), to są to właśnie jedynie momenty, które jednak w pewien sposób zaburzają wszechobecny mrok. „Paradise Gallows” najlepsza jest wtedy, gdy atmosferę można kroić nożem.Inter Arma band

Jeśli nie zrazicie się nawiązującym (znowu…) do Baroness otwieraczem, drugi w kolejności „An Archer In The Emptiness” może Was bardzo zaskoczyć – zarówno świetnym riffem, jak i piekielnym ciężarem i wyjątkową intensywnością. To chyba najbardziej metalowy utwór, któremu najbliżej do black metalu, ale który też zdaje się nawiązywać do starej szkoły w stylu Asphyx. „Transfiguration” i „Primordial Wound” utrzymują wspomnianą tendencję, która zmienia się przy okazji najlepszego na płycie „The Summer Drones”. Amerykanie postanawiają postawić na trans, ale wiecie, nie żaden psychodeliczny odjazd, tylko cholernie mroczny bad trip. Całość, także ze względu na bardziej plemienny klimat, może kojarzyć się z „The Ritual Fire Of Abandonment” Minsk. Ten szamański posmak utrzymuje się zresztą przez większą część albumu, nie jest on jednak bazą jak w przypadku wspomnianego Minsk, lecz stanowi swego rodzaju uzupełnienie, sprawiając, że obcowanie z „Paradise Gallows” staje się bardziej subiektywne. Od momentu „The Summer Drones” panowie nieco spuszczają z tonu, próbują bardziej kombinować i odchodzą od mglistej i czarnej aury. Rozpatruję to dwojako, bowiem z jednej strony nie miałbym nic przeciwko dalszemu otulaniu się mrocznym płaszczem z tych dźwięków, z drugiej zdaję sobie sprawę, że przebrnięcie przez godzinę jednostajnego mroku byłoby trudnym zadaniem. Wsparcie „Paradise Gallows” dodatkową przestrzenią skutecznie zatem podkreśla te najbardziej ciężkie i ciemne rewiry, w które muzykom udało się dotrzeć i w których być może nie każdy chciałby się znaleźć.

I tak jak wspominałem, może i na plażę „Paradise Gallows” się nie nadaje, ale jeśli z jakichś powodów się nienawidzicie, słuchanie najnowszego dokonania Inter Arma będzie wyjątkowo intensywnym doznaniem.

Michał Fryga

Pięć