INQUISITION – Obscure Verses for the Multiverse (Season of Mist)

W 2013 roku ukazały się premierowe wydawnictwa Darkthrone, Satyricon oraz Watain. Mimo to lepiej w moje gusta trafia „Obscure Verses for the Multiverse”. Porażająca prostota numerów Inquisition hipnotyzuje i zniewala. Wszystkie kawałki tworzą absolutnie spójną i kompletną całość. Jednocześnie jest to materiał niezwykle chwytliwy i wpadający w ucho. Amerykańsko – kolumbijski duet z pewnością nagrał najlepszy album w swojej historii.

Szósty długograj Inquisition to logiczne następstwo stylu ostatecznie ugruntowanego na dwóch poprzednich płytach, „Nefarious Dismal Orations” oraz „Ominous Doctrines of the Perpetual Mystical Macrocosm”. Tym razem jednak brzmienie zespołu jest jeszcze bardziej potężne, selektywne i brutalne. Wydaje się, że pod względem produkcji i jakości nagrania kapela doszła do perfekcji. Być może robotę ułatwia fakt, że w Inquisition nie ma basu ani drugiej gitary. Czasem tylko pojawiają się ogłuszające solówki lub efekty klawiszowe. Niemiłosierne perkusyjne tornado oraz przygniatająca ściana surowych, aczkolwiek doskonale skomponowanych riffów to minimalistyczna mieszanka, dzięki której Inquisition ma moc masowego rażenia.

Dziewięć numerów, które znalazły się na „Obscure Verses…” to czterdzieści pięć minut bezpardonowego i gwałtownego, black metalowego szturmu. Konstrukcja tych kawałków jest pozornie banalna i przewidywalna. Aby ją rozszyfrować prawdopodobnie wystarczy iloraz inteligencji na poziomie średnio rozgarniętej jaszczurki. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo każdy jeden z tych numerów to najczystsza esencja. Już przy pierwszym przesłuchaniu poszczególne riffy i patenty zapadają głęboko w pamięć. Inquisition wygrywa prostotą formy i bezpośredniością wyrazu. Wyrywa zęby bez znieczulenia, przechodzi od razu do sedna, bez owijania w bawełnę, bez zbędnego gadania. Ból i przyjemność idą tu w parze. Lepiej już być nie może.

Adam Drzewucki 

Sześć