INNSMOUTH  – Consumed by Elder Sign (Abysmal Sounds)

Jakoś niespecjalnie czuję ostatnimi czasy potrzebę pisania o muzyce, ale od czasu do czasu nawet najbardziej chytry lis musi wychylić nosek ze swojej nory i parsknąć z zadowoleniem, albo warknąć na świat i wrócić w bezpieczną ciemność. „Consumed by Elder Sign” nie jest płytą, którą metalowi filozofowie porównywać będą do wielkiego fallusa rozwalającego kulturowe tabu. Nikt też nie będzie tu budował napięcia z pomocą portali społecznościowych i wszechmocnego Youtube, a naciągnięta do granic możliwości gumka majtek tego świata jeszcze chyba nie pęknie. Tym razem przemówią same dźwięki. I zapewne przemówią tylko do nielicznych.

Mam słabość do tego zespołu. Obiektywnie rzecz biorąc Innsmouth nie gra niczego odkrywczego i pewnie nie trafią nigdy pod skrzydła Nuclear Blast, ani nawet nie zrobią furory na forach internetowych, ale jest w tej muzyce coś, co mnie przyciąga. Niby jest to dość zwyczajny death metal w średnich tempach, z odrobiną melodii, pozbawiony instrumentalnych popisów i jakichkolwiek aranżacyjnych fajerwerków, ale jest w tych dźwiękach jakiś niepokojący klimat, który udziela się słuchaczowi. Już samo brzmienie gitar, bębnów i ten trącący lekką niepoczytalnością wokal wyróżniają Innsmouth z grona retro-inżynierów projektujących kolejne pomniki dla Autopsy, Incantation czy Blasphemy. Ba, oddałbym im królestwo i rękę córki już za same odgłosy beczącej kozy w „Thrice Blessed Shub-Niggurath”. Co prawda inspirowanie się Lovecraftem jest na metalowej scenie czymś równie oryginalnym jak posiadanie długich włosów, ale wybaczam im to bez mrugnięcia okiem, bo nawet ja mam ten „grzech” na swoim sumieniu. „Consumed by Elder Sign” przypomina mi czasy, kiedy kupowało się kasety bazując na okładkach i dopiero w domu okazywało się co takiego gra ten Dismember czy Cannibal Corpse. Gdyby ta płyta wyszła we wczesnych latach 90., to pewnie byłaby jednym z tych rarytasów, o które walczą teraz między sobą eBayowi rycerze. Dziś czeka ją raczej samotne dryfowanie wśród setek innych nowości, zalewających świat za sprawą łatwego dostępu do technologii. Czy jednak ma to jakiekolwiek znaczenie? Kto ma posłuchać ten posłucha i tak.

Po co zatem ta recenzja? Widocznie musiała powstać, tak jak Innsmouth musiał wcześniej nagrać te dźwięki w dalekiej Australii, a H.P. Lovecraft musiał napisać te swoje mroczne bajki w jeszcze dawniejszych czasach, w jeszcze innym zakątku świata. A wszystkich nas zainspirowały zapewne jakieś mniejsze lub większe demony, kryjące się gdzieś w ciemnych rewirach naszych umysłów. A może one wcale się przed nami nie kryją, tylko patrzą nam prosto w oczy? Nieważne, posłuchajmy lepiej muzyki.

Michał Spryszak

Cztery i pół