IN TWILIGHT’S EMBRACE – Vanitas (Arachnophobia)

Nie mam pojęcia, czy muzykom In Twilight’s Embrace przyświeca konkretne motto, ale jeżeli tak, jestem pewien, że brzmi ono: “rodzić się na nowo”. Kolejne płyty poznańskiej grupy brzmią inaczej, aczkolwiek do takich wniosków może dojść każdy. Debiut, którego po latach wstydzą się nawet sami twórcy, był jednym z pierwszych koszmarków tzw. polskiej sceny metalcore. „Slaves to Martyrdom” wdzięczył się iście szwedzką melodyką godną Amon Amarth i stale zapożyczał co bardziej nowoczesne elementy death metalu, by potem upychać w nich nieludzkie ilości melodii. „The Grim Muse”uważa się za opus magnum zespołu – niepoprawnie oldskulowa jatka po linii Dissection współgrała z typowo deathmetalowym trzonem utworów, a wszystko obleczono w patos, jakiego wcześniej w tej kapeli nie było. Prawda, że więcej różnic, niż punktów wspólnych?

„Vanitas” wcale nie odstaje od schematu wydawniczego In Twilight’s Embrace. Jak pewnie konkludujecie – musi być inaczej niż poprzednio. No i jest. Bo aura atakowanego szlachetnymi melodiami death metalu zniknęła z muzyki In Twilight’s Embrace i nic nie wskazuje na to, by miała prędko wrócić. Szkieletem „Vanitas” jest black metal, klasyczny black metal. Oldskulowców (i niżej podpisanego) satysfakcjonuje fakt, by zespół przy swoim czarcim tworze nie musiał uciekać się do niekoniecznie intrygujących wynalazków z przegródki „post” bądź „avant-garde”. Czwarty długogrający materiał poznaniaków na kilometr śmierdzi lasem. Najczęściej takim, który przemierzali norwescy blackmetalowcy. Zmianie w stosunku do poprzedniczki uległo więc absolutnie wszystko. Brzmienie nie mami potężną produkcją, a zamiast niej przyciąga typowo blackmetalową jazdą, gdzie rzężące gitary w walce z perkusyjnymi kanonadami osiągają charakterystyczny sznyt. Nawet partie Cypriana Łakomego nie przypominają w niczym naśladownictwa Tompy Lindberga z poprzednich wydawnictw. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wokalista In Twilight’s Embrace wreszcie dotarł do własnego stylu wokalnej ekspresji, której nie sposób pomylić z kimś innym. Jego krzyczane, bezpośrednie partie, w połączeniu z okazjonalnie eksponowanymi podniosłymi zaśpiewami, to bezsprzecznie jeden z najmocniejszych punktów „Vanitas”. A oprócz niego siłą materiału jest oczywiście bardzo sprawnie przeprowadzona transformacja stylu z wzniosłego death metalu na klasycznie blackmetalowy żar. Nie ma tu ani grama przesady czy też czegoś, co można by uznać za wymuszoną zmianę. Poznaniacy wiedzą, którą stroną kaczka wodę pije, w black metalu siedzą nie od dziś, toteż efekt musiał wyjść książkowo – i wyszedł. Takie „Fan the Flame” czy „The Great Leveller” z miejsca wciągają w wir szaleńczo kostkowanych riffów i przenikliwej atmosfery godnej klasyków skandynawskiego blacku. Słychać też, że In Twilight’s Embrace wyjątkowo przypadła do gustu droga zapoczątkowana największym hitem grupy, czyli „Opowieścią zimową”. Że nie pochodzi z ich repertuaru? Kto by tam zwracał na to uwagę. Dla takich elementów płyty, jak hołdująca Armii punkowa końcówka „The Hell of Mediocrity” bądź transowo-walcowaty rytm „Trembling” – przywołującego skojarzenia z Triptykon – warto oddać się „Vanitas” na dłużej.

Processed with VSCO with x1 preset

Za mną już kilkanaście odsłuchów czwartego dzieła In Twilight’s Embrace i z czystym sumieniem mogę przyznać, że panowie przeskoczyli i tak wysoko zawieszoną poprzeczkę, nagrywając lepszy album od „The Grim Muse”. „Vanitas” to gęsta porcja klasycznego black metalu lecz uzyskana bez zbędnego małpowania i nieskończonych powołań na gatunkowe legendy. In Twilight’s Embrace to zespół z własnym stylem, który – mimo ciągłych zmian – wydaje się być wykrystalizowany do końca. Jednak wierzę, że najlepsze dopiero przed nimi.

Łukasz Brzozowski 

Zdjęcie: Piotr Steppa

Pięć