IN TWILIGHT’S EMBRACE – Trembling (Arachnophobia Records)

Gdybyśmy spotkali się dwadzieścia lat temu… Gdyby nasze drogi przecięły się wtedy, to mogłoby się pojawić tytułowe drżenie i pewnie dałbym się porwać tym dźwiękom. Kochałbym je może równie mocno, jak kochałem „The Gallery” albo „Slaughter of the Soul”. Dzisiaj jest jednak na to za późno, bo po tym etapie moich muzycznych fascynacji został mi już chyba tylko sentyment. In Twilight’s Embrace nie mogło jednak pojawić się w tamtych czasach i trudno mieć pretensje do zespołu o dzisiejszy brak chemii między nim, a piszącym te słowa..

Znaczy co, nie podoba się? Przeciwnie. Zarówno opisywana tutaj ep-ka, jak i poprzedzająca ją płyta The Grim Muse robią na mnie bardzo dobre wrażenie. Poznaniacy nawiązują do kanonu melodyjnego death metalu na poziomie godnym pozazdroszczenia. Kłopot w tym, że doceniam to wszystko na płaszczyźnie obiektywnej, natomiast jako zwykły fan nie potrafię się tym zachwycić, bo z takim graniem nie jest mi już dzisiaj po drodze. Ale też nie powiem, że słuchanie „Trembling” nie daje mi żadnej frajdy, bo są tu fajne riffy, pasja, testosteron i wkurw. Ale teraz, kiedy już zasypałem wątpliwości odrobiną zasłużonego cukru, muszę przejść do tego, z czym mam w przypadku „Trembling” największy zgrzyt.ITE band fot. Erik Witsoe

Tym czymś jest kower Armii, zamieszczony na tym wydawnictwie obok dwóch autorskich utworów In Twilight’s Embrace. W czym problem? Cóż, sama idea adaptowania rzeczy z innej muzycznej bajki nie jest niczym złym. Wielkiej odwagi wymaga jednak sięgnięcie po utwór tej rangi co „Opowieść zimowa”. Może nawet należałoby powiedzieć, że jest to brawura. Wersja In Twilight’s Embrace broni się na pewno na poziomie instrumentalno-wykonawczym, natomiast wspomniany zgrzyt pojawia się na płaszczyźnie duchowej. Raz, że pod względem treści Armia to jednak zupełnie inny świat niż zespoły, które najmocniej wpłynęły twórczości Poznaniaków. Dwa, że w warstwie wokalnej słychać coś w rodzaju kompromisu pomiędzy chęcią przywłaszczenia sobie utworu, a potrzebą oddania mu należnego szacunku. Jest więc i agresywny wrzask i bardziej „czyste” partie. Ten pierwszy doskonale sprawdza się w autorskim repertuarze In Twilight’s Embrace, ale w „Opowieści zimowej” sprawia wrażenie obcego bytu, niepotrzebnie ustawiającego poziom ekspresji wokalnej na maksimum. Z kolei ten drugi, „czysty” wokal nie posiada mocy głosu Tomasza Budzyńskiego. Fakt faktem, że taką charyzmę wokalną ma mało kto, ale różnica jest spora. I razi to na pewno bardziej, niż wykorzystanie skromniejszego zestawu instrumentów niż w pierwowzorze. I w końcu ten pierwiastek duchowy, o którym wspomniałem wyżej. W muzyce In Twilight’s Embrace czuję złość na świat, agresję, rozczarowanie… A tutaj bardziej pasowałby mi znak zapytania niż wykrzyknik, bo Armia jest dla mnie raczej głosem nostalgii i zadumy. Budzyński szedł w stronę światła, nadziei, podkreślania tego, co w świecie dobre. Dlatego tę próbę opowiedzenia na nowo „Opowieści zimowej” oceniam jako ambitną, ale nie do końca udaną.

Nie wszystko jednak może się udawać, a Poznaniakom i tak udaje się sporo. Kto wie gdzie będą za dwa, trzy lata, jeśli dadzą radę utrzymać tempo, w jakim podnoszą sobie poprzeczkę. Pewnie nie będzie to do końca moja muzyka, ale In Twilight’s Embrace z pewnością mają w sobie to coś, co z upływem czasu utracili dawni „bogowie” takiego grania. A to jest najważniejszy element tej układanki.

Michał Spryszak

Cztery i pół