IN TWILIGHT’S EMBRACE – Slaves To Martyrdom (Spook Records)

Niech nie zmyli Was wydawca tej płyty. Jeśli szukacie siermiężnego metalcore’a czy hardcore’a, możecie spokojnie zapomnieć o tej płycie. Wprawdzie członkowie poznańskiej hordy deklarują mentalną przynależność do krajowej, hc/punkowej sceny, to muzycznie sadowią się w samym centrum death metalowego piekiełka. Z wytatuowanym na plecach słowem „Szwecja”.

Różnie wyglądają koleje losu zespołów, które wywodząc się z hardcore’a zapragnęły posmakować siarki  i smoły. Największym grzechem takich hord jest niezdecydowanie. Bo inkorporując do swojej muzyki metalowe elementy, nie za bardzo chcą z takim ruchem się identyfikować. Stąd też pokraczna z dzisiejszego (mojego…) punktu widzenia hybryda, zwana metalcore, która miała załagodzić potencjalne konflikty. Metalowcy spali spokojnie, bo „brudasy” nigdy nie będą należeć do ich skórzano – długowłosego świata, punkowcy też się cieszyli, bo przedrostek „metal” dawał im – często złudne – poczucie uszczknięcia czegoś za mentalnej, żelaznej kurtyny, dzielącej te dwa gatunki. Osobiście uważam, że współcześnie powstało kilka bardziej przekonujących, międzygatunkowych hybryd, ale to już bajka na inną okazję. Dlaczego tak się rozwodzę przy okazji nowej, drugiej płyty poznańskiego kwintetu? Ano dlatego, że chcę podkreślić odległość dzielącą In Twilight’s Embrace od wspomnianych „scenowców”. Otóż na nowej płycie zespół zaprezentował czystej wody death metal. Nie ma tu żadnych wahań, żadnego przekraczania granic. „Slaves To Martyrdom” jest krystalicznym gatunkowo a szwedzkim geograficznie ochłapem siarczystego metalu. Każdy element został odpowiednio spreparowany i najnowsza płyta grupy mogłaby spokojnie ukazać się z logo Metal Blade czy innego Century Media. Tym bardziej chwała Spookowi, że zechciał ich przygarnąć pod swoje skrzydła.

Co zawiera płyta, opatrzona – powiedzmy to szczerze – doskonałą okładeczką? Całe mnóstwo ciężaru, dowodzonego przez „The Pilgrim’s Walk” czy kawałek tytułowy. Jeszcze więcej melodii („The Source”, „Today’s Gold”, „In Line They Stand”), tu pojawiają się lekkie skojarzenia z krajowym Sunrise, jest też sporo tak bardzo charakterystycznej dla Skandynawii melancholii (np. „Wintersun” czy „The Parting Hour”).

Death metalowe piekło czynione przez ITE jest doskonale poukładane, bez chaosu, bez zbędnych dłużyzn. Wszystko jedzie zadziornie do przodu, słychać koronkowe zgranie muzyków, na dobre grupie wyszły też zmiany, zaś nowy gardłowy w osobie dawnego basisty dodaje całości odpowiedniego mroku swoim głębokim growlem.

Nie będę udawał, że propozycja In Twilight’s Embrace  jest w jakiś sposób oryginalna, bo nie jest. W kontekście światowego  grzańska, oczywiście. W Polsce takich zespołów jest stosunkowo mało a jeśli już coś się trafi, to zazwyczaj skręca zbyt wyraźnie w stronę wałkowanego w tej recenzji metalcore’a z wszystkimi wadami takiej sytuacji. Poznaniacy stawiają na mocne, gęste granie, eksploatują do granic możliwości podwójną stopę, na szczęście ostrożnie korzystają z dobrodziejstw melodii i rock’n’rolla, stosując je do doprawienia brutalnych riffów a nie do rozmycia agresji, co zgubiło już połowę wykonawców z tej niszy stylistycznej.  Nawet jeśli nie znajdziemy tu niczego odkrywczego poza repetycją dźwięków sprzed dobrej dekady, to i tak świeżość wykonania, agresja a nade wszystko techniczna biegłość cieszą ucho. Myślę, że w swojej kategorii zespół jest gotowy, by podbijać nie tylko krajowe, śmierdzące piwskiem sceny…

Arek Lerch 5