IN SPITE OF – 1999 (Spook Records)

Czasami przeszłość jest lepsza od teraźniejszości… Czym jest hard core? Współczesny hard core? Komercyjną pułapką, w którą wpadają kolejni wykonawcy, zapominający (albo demencję zwyczajnie udający…), że jest coś takiego jak etos, duma i ideały. Słuchając „1999” odczuwam dokładnie takie same emocje, jakie targały mną dekadę temu. Być może dzisiaj gatunek ten zabrnął ślepą uliczkę?

Na początku trzeba sobie jasno powiedzieć – powyższe słowa odnoszą się do klasycznego, śmierdzącego Nowym Jorkiem, prostego hardcore’a, który ma nadal mnóstwo zwolenników, jednak mało kto jest w stanie oddać to „coś” co stanowiło podstawę takiego grania. In Spite Of na swoim debiutanckim albumie udowadnia, że kiedyś jednak lepiej rozumiano tę muzykę. Jest na debiucie bydgoszczan jakaś nieskrywana energia, moc i zapamiętanie, które daje pozytywnego kopa, nawet teraz, 13 lat po nagraniu płyty. Muzyka In Spite Of zawiera wszystkie, klasyczne patenty starego hardcore’a. Szybkie, gwałtowne zwrotki, wolne albo średnie refreny, bujające breakdowny, nad którymi unosi się wrzask wkurwionego wokalisty. Co drugi kawałek rusza od tak bardzo charakterystycznego dla tej muzyki, basowego pochodu. Czasami trafi się też akustyczna wstawka, gdzieś zespół próbuje topornego blastu („H.C.I.M.L.” czy „Do Końca”) i nieco innego dłubania w aranżach („Sincerity”). Dla odmiany, w takim „Whore” dominuje średnie tempo, zwiastujące późniejsze skrzywienie sceny w stronę d – beatu. Choć akurat nazewnictwo to pięta achillesowa tej muzyki, bo może powinienem użyć tu słowa „neo crust”?

Płyta, mimo upływu lat – co mnie w sumie zaskakuje – jest bardzo „słuchalna”, może się podobać i ma coś na kształt charyzmy. Dobrze, że Spook wydaje wznowienia, które przypominają młodym, że hardcore nie zaczął się od „Coalition” a płomień w sercu ważniejszy niż najnowocześniejsze instrumenta. Szkoda tylko, że niepotrzebnie upchnięto na płycie demo „4LG”. Osobiście psuje mi to wrażenie zamkniętej całości, ale to już problem takich starych pierników jak ja…

Arek Lerch