IN A HOUSE OF BRICK – Out of Hand

Dobrego rocka nigdy za wiele. In A House Of Brick powstał w Zabrzu w roku pańskim 2000, jednak dopiero na początku 2013 objawił się światu z debiutanckim albumem. Dlatego nie obrażą się chyba, że niniejsza recenzja pojawia się kilka miesięcy po premierze. Skoro zespół miał dziwną historię, która przez 12 lat prowadziła ich krętymi ścieżkami do nagrania płyty, ja mogę dumać nad ich muzyką cztery miesiące. Pozostaje jedynie pytanie – czy jestem za głupi na ich muzykę, czy to życie jest dla mnie mało łaskawe, rzucając mi  podczas mozolnego trawienia „Out of Hand” kłody pod nogi?

Odpowiedź na powyższe pytanie wcale nie jest prosta. Niezrozumiałe opory mojego umysłu wobec tej płyty dzisiaj jawią mi się jako lekko irracjonalne, jednak fakt pozostaje – długo nie mogłem się do „Out of Hand” przekonać. Niby wszystko jest na swoim miejscu, chłopaki wiedzą jak grać i mają niewątpliwy talent kompozytorski. Tyle, że muzyka wychodzi im wybitnie nieoczywista. Można, rzecz jasna, skwitować płytę określeniem „mocny rock”, jednak jest to duże uproszczenie i pójście na łatwiznę, tym bardziej, że im dłużej obcowałem z krążkiem, tym bardziej mi się podobał, a dzisiaj uważam, że to jeden z lepszych, krajowych rockowych albumów. Nieoczywistość muzyki In A House Of Brick jest zapewne powodem, że trudno ją sklasyfikować. W wielu miejscach słychać echa stonerowych fascynacji muzyków („Cobain’s Dead”), ale słychać też alternatywę z colplay’owymi harmoniami („All Against All”). Chłopakom nie są obce cięższe, nieco na metalową modłę, masywne riffy („Believe”), ale jednocześnie potrafią wykrzesać rock’n’rollowy vib w postaci „Little Rusia”. Muzyka posiada całą gamę harmonicznych odcieni, które nie zawsze kojarzyć się mogą z rockową sztuką („Reborn”), ale zespół udowadnia też, że jak trzeba, może być bardzo przebojowo („She”). No i potrafi fajnie zinterpretować starych mistrzów – przykładem jest zarejestrowana na potrzeby albumu piosenka „Rebel Yell” Billy’ego Idola, ale nie jest to bynajmniej próba dociążenia gatunkowego ich muzyki.

Powyższe wyliczanki chociaż częściowo dokumentują historię mojej dezorientacji. Bo mimo, że dzisiaj słucham „Out of Hand” z dużą przyjemnością, nadal nie wiem, co tak naprawdę zespół gra. Nazwijmy to na nasze potrzeby „neo – rockiem”, choć jest to bardzo nieprecyzyjne i wręcz wymijające określenie, mogące się raczej kojarzyć z wyspiarskimi mendami. Do tego dochodzi, oczywiście, sprawne operowanie instrumentami, oszczędność w szafowaniu pomysłami i skupienie na złotym środku. Tu ważny jest riff, celebrowanie dźwięku a nie popisy. Jako taki, album jest bardzo esnencjonalny i nader dojrzały jak na – późny! – debiut. I – co jest także atutem – bardzo koncertowy. Zespół opakował krążek w fajną, również niejednoznaczną, grafikę i choć na razie wokół płyty jest raczej cicho, liczę, że nie przejdzie ona niezauważona.

Chcąc choć w małym stopniu podsumować powyższe rozterki, muszę zauważyć, że In A House Of Brick jest świadectwem ukonstytuowania się w Polsce sceny rockowej, bez wyraźnej przynależności do jakiejkolwiek muzycznej frakcji. To, co kiedyś było ryzykowne, w sytuacji stabilizacji rynku muzycznego mogącego – mimo wszystko – udźwignąć artystów „niezrzeszonych”, cieszy i daje nadzieję, że nawet w trudniejszych momentach nie trzeba śpiewać o szatanie albo żarciu trawy, żeby być zauważonym i znaleźć swoje miejsce na tym łez padole. Zabrzański zespół jest tego dobrym przykładem.

Arek Lerch 

Pięć