IMPERIAL STATE ELECTRIC – Imperial State Electric (Sound Pollution)

Nie zdążyłem nawet porządnie opłakać The Hellacopters, kiedy dwie wieści z obozu Nicke Anderssona utuliły mnie w żalu. Pierwsza to oczywiście zwiększenie aktywności Death Breath (nowa płyta już wkrótce!), druga zaś to kontynuacja ścieżki wytyczonej przez autorów „By The Grace of God” w postaci Imperial State Electric.

Nicke wydaje się być kolesiem, który przed porannym talerzem płatków z mlekiem pisze trzy zabójcze rockowe pociski ziemia-powietrze, więc zebranie ekipy kumpli (wśród nich min. Dregen i Robert Perhsson) i nagranie „solowego” nie stanowiło pewnie większego problemu. Imperial State Electric podnosi sztafetę tam, gdzie Hellacopters skończył, jeszcze głębiej zanurzając łeb w przepastne kretowisko rock’n’rollowej historii. Jest jeszcze bardziej „retro” niż na rewelacyjnym „Head Off”, a przy tym każdy numer gryzie tę materię jakby z innej strony. Startujemy więc ze Stones’owskim „A Holiday From The Vacation” i przelatujemy przez Kinks-opodobny „Resign”, Thinlizzy’owaty „I Got All Day Long” czy „I’m Gonna Let You Down”, jakby wyciągnięty z dorobku The Stray Cats. Przy tym wszystkie numery układają się w zgrabną, potoczystą całość i żaden nie odstaje jakościowo. Ano, całkiem poważnie stwierdzam, że ciężko mi tu wskazać jakieś słabsze momenty – kompozycje porywają do tańca i tupaniny, aranże zachwycają smakiem i umiarem, a wokale (te na przedzie, jak i chórki) to już absolutna rewelacja. Nicke to żywa encyklopedia rock’n’rolla, facet ma cały ten rozrośnięty styl w małym palcu i bez problemu potrafi znaleźć w sobie feeling niezbędny do nagrania tak powalającego albumu jak debiut Imperial State Electric, który jest moim osobistym typem na najlepszego rocka roku.

Bartosz Cieślak 5