IMMOLATION – Atonement (Nuclear Blast)

Najgorsza zaraza jaka może dotknąć metalowy zespół, to utrata kontaktu z rzeczywistością. Przykładów takich parodii jest sporo. Na ich tle nowojorski Immolation to oaza spokoju i wyznacznik dobrego smaku w klasycznie brutalnym death metalu. Mieli swoje pięć minut, tłuką kolejne, raz lepsze, raz nieco gorsze płyty, ale zawsze trzymają klasę i ciągle budzą zainteresowanie, choć żadnych głupot w Internetach nie pisują. A że nowa płyta – pomijając kilka lekkich potknięć – jest bardzo dobrym kawałkiem brutalnego łomotu, postanowiliśmy razem z kolegą Bartoszem przyjrzeć się jej nieco bliżej. 

Arek: W rozmowie Ross, na pytanie o brak zmian w muzyce Immolation powiedział mi – „Gdybyśmy unowocześnili pewne rzeczy, stosunek naszych zwolenników i przeciwników zmieniłby się o tyle, że pojawiliby się nowi, ale starych być może by ubyło. Poza tym, kiedy mamy ochotę coś pokombinować, wyrzucamy takie rzeczy na minialbumy”. Brakuje ci na nowej płycie Immo tego drgnięcia, czy jesteś usatysfakcjonowany?

Bartosz: Wow, co za światłe przemyślenia wujka Rossa. Nieustannie zadziwia mnie dlaczego zespoły z takim stażem i tak znakomite jak Immolation biorą w ogóle pod uwagę coś tak nieistotnego jak zdanie jakichś tam fanów na temat ich muzyki. Skoro już na starcie mam spuentować naszą rozmowę, to proszę bardzo: po kilkukrotnym przesłuchaniu „Atonement” nie brakuje mi na niej nic. Oczywiście, biorąc pod uwagę moje oczekiwania względem tej płyty, bo po takiej sromocie jak „Kingdom of Conspiracy” ucieszyłoby mnie cokolwiek, co nadaje się do słuchania. Między wierszami czuję, że brakuje Ci tu jakiego szugejziku albo syntezatorka, hm?

Arek: Ha ha… oj, czuję złośliwość na starcie i piecze mnie policzek od „plaskacza”. Nie, nie oczekuję szugejza. Ba, nie oczekuję w zasadzie żadnych zmian. Chodzi mi raczej o kwestię tej „regularności”. Kolejne płyty pojawiają się w równych odstępach i zaczynamy „wiedzieć” co będzie. Nie chciałbyś żeby jednak troszkę ruszyli się z tej swojej wygodnej i przytulnej gawry?

Immolation2Bartosz: Czyli nie oczekujesz, ale oczekujesz… No dobrze, ale dokąd mieliby się ruszyć? Czemu akurat oni i co dokładnie mieliby zagrać, aby było, no właśnie, lepiej? Ciekawiej? No i dlaczego akurat teraz, skoro ostatni naprawdę wyrazisty przewrót zaliczyli gdzieś między debiutem a „Here in After”? Od tego czasu operują własnym, rozpoznawalnym brzmieniem, w obrębie którego akcenty przesuwają się w tę i nazad między klimatem a łomotem. „Atonement” ciąży bardziej w stronę nastroju „Unholy Cult” i „Harnessing Ruin” i ma na tyle dobre numery, że znów słyszę tu zespół, który pokochałem 20 lat temu. O którym zespole z ich ligi mogę dziś powiedzieć to samo?

Arek: No to po kolei. Moim zdaniem momentem przełomowym (i to piszę ja, Arek) był album „Colse To A World Below’. „Unholy Cult” brzmiał lepiej, ale to na „Close…” zagrali rzeczy sięgające otchłani a sposób gry Alexa Hernandeza sponiewierał mnie totalnie. Od tej płyty można mówić o czymś w rodzaju „transu” w death metalu. Ale przecież mówimy o „Atonement” i ta płyta jest dla mnie dzisiaj taka próbą nowego zaprzyjaźnienia się z zespołem. Bo faktycznie, poprzedni album jakoś przeszedł bez większego wrażenia. Jeśli coś mi się podoba na tej nowej płycie to WRESZCIE powrót do tego transowo zapętlonego konstruowania utworów. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Fostering the Divide”, ryj cieszył mi się okrutnie. Z drugiej strony – cały czas liczę na coś takiego jak na „Providence”. Zejście z utartej ścieżki. Ale może faktycznie te eksperymenty lepiej sprawdzają się na ep-kach. Przecież „Hope&Horror” też był w pewnym sensie eksperymentem…

Bartosz: „Fostering the Divide” to najlepszy numer Immolation od czasu „Majesty and Decay” – chwytliwy, niepokojący, z rewelacyjną dramaturgią. Mnie również cieszy skręcenie deathmetalowego potencjometru na rzecz większej przestrzeni „groove’u”. Do tego Immolation wyciągnęło chyba wnioski z produkcji poprzedniego albumu, który brzmiał jak demo z automatem samplowanym na pstrykaniu folią bąbelkową. „Atonement” nie jest może moim brzmieniowym ideałem, ale słucha się bez bólu. Tzw. „eksperymenty” z ep-ek traktuję po prawdzie jak erraty do zasadniczej dyskografii Immolation, bo umówmy się, to nie są odloty Franka Zappy. Krótko mówiąc, nie spodziewałem się, ze „Atonement” ucieszy mnie aż do tego stopnia.

Arek: Co do brzmienia… to jest problem, bo cały czas uważam – no, może poza „Unholy Cult” – że Immolation cierpi na brak sensownej produkcji. Akurat w tym wymiarze czekam na materiał arogancki jak nie przymierzając „Brown Album”. Mniej selektywności i dbałości o detale, więcej chaosu. Choć oczywiście, w tym temacie nadal rządzi „Vermis” i nic się w najbliższym czasie nie zmieni. Może w końcu trzeba przestać się szczypać i wywalić Orofino? Właśnie o to mi chodzi – to jest jeden z tych elementów, które prowokują to pytanie o ew. brak zmian. Nie chcę żeby zaczęli grać crossover, ale gdyby połączyć te najbardziej transowe posuwy z brudem i syfiastą produkcją to… Ale zostawmy na boku te marzenia. Bo czuję tu także lekką chęć powrotu do korzeni – stare logo. Potrzebne to było?

Bartosz: Ej, odczep się od Orofino, super aktor, był świetny w „Full Metal Jacket”… Chaos i przekrzykiwanie się wszystkiego ze wszystkim było już na „Close to a World Below”, od paru płyt panuje ordnung i selektywność, aby panowie mogli mówić standardowe „zawsze taki chcieliśmy, ale nie potrafiliśmy”. W poszukiwaniu wymarzonego przez Ciebie brzmienia sugerowałbym po prostu sięgnąć po „Dawn of Possession”. Czy stare logo jest potrzebne, tego nie wiem, na pewno potrzebny jest nowy grafik. Dwie dekady szkaradnych okładek naprawdę wystarczy. Co to jest, przymiarka do sequelu „Constantine’a”?

Arek: Okładki, to prawda. Znam jeszcze jeden zespół, który ma z tym problem, ale żeby nie wywoływać wilka z impe… tfu, z lasu, pomijam. Wymieniamy po raz kolejny „Close…” i akurat ta płyta ma okładkę przejmującą. No, może jeszcze „Providence”. Jest jednak coś gorszego w layoucie płyt Immolation – wnętrze bookletu. Ten minimalizm wkurza mnie straszliwie. Teksty pisane czcionką Times New Roman, kompletny brak pomysłu na grafiki, zero zaskoczeń, nuuuuda. W zasadzie mogliby w ogóle darować sobie wkładki, a teksty wrzucać na FB. Ale nie przesądzajmy o sprawie, bo przecież jeszcze nie widzieliśmy co tym razem tam w książeczce namalowali. Narzekamy tak i narzekamy, ale przecież Immolation to na defowej scenie nadal fenomen. Kasy z tego nie mają, ale ciągle ten ich styl i zaangażowanie urzekają. Myślisz, że „Atonement” będzie w stanie choć troszkę bardziej do przodu pociągnąć „karierę” Rossa i ekipy?immolation.

Bartosz: No tak, to budujące, że za granicą też nie potrafią „zrobić lepszej” okładki niż flagowy okręt Imperium. „Atonement” może nie wyniesie kariery Immolation na nowe poziomy, ale z pewnością umożliwi bezbolesne jej kontynuowanie. Zaangażowanie i styl to jedno, ale ta formuła jakimś cudem wciąż działa. Jak już wspominałem, większość ich równolatków to dziś smutne autoparodie albo firmy zajmujące się graniem koncertów. Nie mam do nich cierpliwości ani ochoty wmawiać sobie, że „nooo, nie jest tak źle przecież, spoko płyta”. Na przekór temu dziesiąty (!) album Immolation to muzyka, która mimo tkwienia w znanej formule wciąż wywołuje emocje i cieszy. Tego się nie da podrobić ani nie da się tyle lat przejechać na patencie. Słucham „Atonement” i wiem, że będę do tej płyty wracać. „Narzekamy”? My, Bartosz, nie narzekamy. My się cieszymy. Wystarczy, że nie patrzymy na okładkę.

Arek: Fakt, jesteśmy zgodni, Immolation to fenomen. Przyznam, że przy całym moim zdegustowaniu, czy może rozczarowaniu śmierć metalem, do ekipy Rossa mam szacunek, ale też zwyczajnie dobrze mi się z ich muzyką przebywa. Nawet jeśli wezmę pod uwagę fakt, że nie ma w tym krzty eksperymentu. W zasadzie Immo uosabia wszystko to co w death metalu najszlachetniejsze. Dręczy mnie jedynie pytanie, czy za dziesięć lat będziemy o piętnastej płycie Immo pisać tak samo?

Bartosz: Chciałbym za dziesięć lat nie mieć innych problemów niż nowa płyta Immolation.

Przekomarzali się prawdziwy metalowiec Bartosz Cieślak i mniej prawdziwy Arek Lerch