ILSA – Tutti il Colori del Buio (Contagion)

Nie tylko fani Brutal Truth wiedzą, że ciężkie czasy wymagają adekwatnej reakcji. W dzisiejszym zwichrowanym świecie zwyczajnie nie godzi się słuchać grzywkowych wynalazków Roadrunner ani farbowanych kataniarzy z okładek Terrorizera. Brudny rock’n’roll powoli wraca tam, skąd przyszedł – do zagrzybionych piwnic, śmierdzących garaży i kolejek w okolicznych monopolach.

Straciwszy cnotę w ramionach biznesu, ta muzyka znów staje się jękiem zdychającej klasy średniej i krzywym zwierciadłem rzeczywistości. Czytelnicy raczą mi wybaczyć ten napompowany wstęp, nie mam też zamiaru udowadniać nikomu, że Ilsa to zjawisko wybitne. Czysto subiektywnie mam po prostu mnóstwo sympatii dla takich zespołów jak to waszyngtońskie kombo. Bez wątpienia wyrastając ze sceny punkowo-hardcore’owej, twórcy „Tutti Il Colori del Buio” stawiają przede wszystkim na maksymalną ekspresję i surowe, autentyczne emocje, niejako intuicyjnie czerpiąc ze skarbca tego, co w ciężkim graniu najbardziej śmierdzi i odrzuca. Płyta startuje akcentem, który brzmi jak nagrania demo nowego materiału Disfear, by po chwili płynnie przejść w miażdżące gitarowe imadło, do jakiego przyzwyczaiło nas Eyehategod. Większość z tych 40 minut wypełnia takie właśnie mozolne, spowolnione crustowe granie, przyspieszające niekiedy do d-beatowych przytupów, a w skrajnie przebojowych momentach osiągające eteryczność godną niezapomnianej demówki holenderskiego Necro Schizma. Jeśli dorzucimy do tego histeryczny wokal przypominający wczesne arie „Tompy” Lindberga i tekstowe inspiracje najpodlejszymi dokonaniami kinowego exploitation i giallo – nie mogę nie lubić Ilsa choćbym się starał. Jeśli nawet podobnych zespołów powstaje coraz więcej i można przebierać w nich jak w ulęgałkach, to „Tutti il Colori del Buio” jest nie tylko nocnym koszmarem redaktora „Teraz Rocka”, ale i idealnym remedium na sludge’owo-postmetalową egzaltację, a przede wszystkim – bardzo udaną, chociaż może i trudno przyswajalną płytą.

Bartosz Cieślak 4,5