ILLUSION – Opowieści (Presscom)

Kto nie zna Illusion, ten zapewne ostatnie dwadzieścia lat spędził w amazońskiej dżungli, słuchając indiańskich piszczałek. Ok., może i tam dociera przekaz radiowy i Internet, kto wie. Podróżnikiem nie jestem, dlatego siedząc na dupie w kraju, z racji mojego wieku, mogę na karierę Lipy i kolegów spojrzeć cokolwiek przekrojowo. A powód jest prosty – zespół wstał z popiołów i nagrał kolejną, pierwszą po 16 latach płytę.

Illusion to rockowy symbol lat 90 – tych. Nawet jeśli ktoś ich nienawidzi, śmieje się z lipowej maniery wokalnej, wykpiwa napuszone teksty itp., musi przyznać – zespół stał się powiernikiem całkiem pokaźnej gromadki fanów i grał autentyczne, naładowane energią sztuki. Jasne, poza kilkoma wpadającymi w paszczę kawałkami, było na płytach tej bandy sporo utworów, które poza ciężarem niczym szczególnym się nie wyróżniały. Lipa naprawił to nagrywając świetne krążki z Lipali. Co nie zmienia faktu, że Illusion jako symboliczny pomost między rockowo – grunge’ową Ameryką i polskim, hałaśliwym zaściankiem sprawdził się bardzo dobrze i w przeciwieństwie do inwestycji GDDKiA, pękać zaczął dopiero w okolicach płyty zatytułowanej „6”. Kilkanaście lat przerwy zrobiło im dobrze. Lipa nagrał kilka niezłych płyt solowych, reszta chłopaków też coś dłubała, ale raczej bez większych sukcesów. W końcu panowie zagrali jakiś jednorazowy koncert i się zaczęło – najpierw nic, jakieś potyczki, ktoś tam nie miał ochoty, trochę niejasności i dość szybko okazało się, że Illusion przestaje być wspomnieniem. Czy jednak „Opowieści” są jedynie sentymentalnym powrotem do wspaniałych lat chwały? Fakt, zespół nawet studio wybrał nieprzypadkowo, chowając się w wiślańskim DEOrecordings, miejscu, gdzie w latach 90 – tych nagrywali chyba wszyscy, począwszy od Acid Drinkers, przez Flapjack, Kobong, na Illusion właśnie kończąc. Inna sprawa, że w miejscu tym udało się wykreować (przy udziale kolejnej osoby – legendy – Adama Toczko) naprawdę zajebiste ( to akurat złe słowo w kontekście chrześcijańskiego profilu studia…) i potężne brzmienie.

Tyle na temat historii, pozostaje zespół. I tu powinno paść zasadnicze pytanie – czy się zmienił? W zasadzie nie. Użyłbym innego słowa – zestarzał się. Myli się jednak ten, co sądzi, że w tym przypadku chodzi mi o negatywną konotację. Użyłem go, by podkreślić stylową siwiznę mentalną, jaka przyprószyła muzykantów. W pierwszej kolejności zwraca się uwagę na teksty Lipy. Poważne, raczej smutne i z dużym dystansem opisujące nasz stan ducha i przestrzeń w jakiej żyjemy. Czuć, że zamiast poezji mamy szarą rzeczywistość, zamiast wkurzenia, rezygnację i nie zawsze wesołe doświadczenia. I w tym wymiarze zespół zdaje się być całkiem przekonujący. Oczywiście, nie każdemu może pasować taki dołek, zawsze ktoś może stwierdzić, że to tylko poza. Może tak, może nie. Nie wnikam. Choć jeśli uświadomimy sobie, że mamy do czynienia z niemłodymi już muzykantami, sprawa staje się dość oczywista. Taką siwiznę nosi chyba każdy, kto w tym grajdole nie został kurwą albo politykiem…Illusion04

Dość forumowego moralizatorstwa. Czas przejść do samej muzyki. I w tym przypadku będzie najkrócej. Firmowy patent na ładowanie potężnych riffów na podkładzie miarowo bijącej sekcji pozostał, tym razem ubrany w brudną, głęboko analogową produkcję. Co ciekawe, w zasadzie nie znajdziemy tu ewidentnych przebojów, całość jest także dość stonowana, minorowa rzekłbym nawet. Gdzieś w połowie płyty pojawia się instrumentalne wyciszenie, pod koniec zespół żegna się długą, mocno rozbudowana formą. Illusion… niby taki sam, a jednak inny. I to właśnie jest największym atutem tej płyty. Pozornie bez zmian, kiedy jednak pakujemy się do środka, okazuje się, że za bramą czekają różne, nie do końca oczywiste opowieści – słowne i dźwiękowe.

Długo byłem sceptycznie nastawiony do tej produkcji, nie wiedziałem, co tak po prawdzie powodowało muzykami, w dodatku nie lubię, kiedy panowie negatywne oceniają swoje poprzednie dokonania (tak gadają o „6”), bo mam wrażenie, że za jakiś czas dostanie się także „Opowieściom”, które z dzisiejszego punktu widzenia wydają się być najciekawszą i najdojrzalszą płytą zespołu. W zasadzie powinienem teraz napisać – poczekamy, zobaczymy…

Arek Lerch

Cztery i pół