IHSAHN – Arktis. (Candelight Records)

Dzień, w którym umarł Cesarz dla wielu ortodoksyjnych fanów black metalu był końcem pewnej epoki. Kresem czasu gdy black metal był rzeczywiście sztuką czarną jak smoła. Oczywiście, w miejscu tym mogą pojawić się głosy, że ostatnie lata Cesarza to coraz więcej poszukiwań i coraz mniej pierwotnego stylu, ale osobiście uważam, że wszystko co wyszło spod jego rąk było po prostu wartościowe. Mimo tego, że wspomniany bywał przywracany do życia, nigdy już tak naprawdę nie odzyskał pełni sił. Wkład Emperora w historię i to jak dziś wygląda black metal jest nie do przecenienia, tyle, że moim skromnym zdaniem dobrze, że zespół rozpadł się w chwili gdy miał jeszcze coś do powiedzenia. A późniejsze próby ożywienia Cesarza nie skończyły się dużą, wymuszoną płytą, która zniszczyłaby legendę. Samoth, Faust i Ihsahn po zakończeniu działalności pod kultowym szyldem, nie czekali długo i zaczęli jeden po drugim wypluwać na świat kolejne projekty. Lepsze i gorsze. W moim odczuciu na największą uwagę z post-emperorowych tworów cały czas zasługuje solowy projekt Ihsahna, a nowy album tylko potwierdza tę tezę. Umarł Cesarz – niech żyje Król!

Solowe albumy Ihsahna od samego początku cechowały dwa zasadnicze aspekty, które stały się wręcz ikonicznym elementem zawsze obecnym na jego płytach: poszukiwania i emocje. Od czasu „The Adversary” po dziś dzień autor ciągle szuka dla siebie miejsca na muzycznej scenie. Czasem czyni to za pomocą mocno zaznaczonych gitar, przywodzących wręcz na myśl twórczość Emperor – wiem, to lekkie nadużycie – ale czasem w ciemniejszych fragmentach duch Cesarza jest też obecny na płytach Ihsahna. Innym razem właściwie zrywa z gitarową przeszłością na rzecz klimatycznie wciągającej elektroniki. Lecz za każdym razem, na każdej z sześciu płyt Ihsahn dawał słuchaczom ponadprzeciętną dawkę emocji. „Arktis.” zawiera w sobie wszystko to co najlepsze w przygotowanych dotychczas przez Ihsahna dźwiękach. Paradoksalnie, jest to album, który można oceniać dwojako i przy odrobienie dobrej woli zgodzę się z każdą ze skrajnych ocen. Tworząc ten materiał autor musiał być świadomy tego, że poszukiwania zawsze mają swój kres i jeśli w porę nie zdecydujesz się, że czas się na chwilę zatrzymać, zabrniesz w rejony dziwne. Bardzo dziwne i niezrozumiałe, często również dla siebie samego. Dlatego też „Arktis.” to bardzo autorefleksyjny materiał. O ile rozważać tę kwestię od strony emocjonalnej mogę tylko w teorii to strona muzyczna materiału jest niczym innym jak podróżą przez poprzednie dokonania twórcy i bardzo czytelnym podsumowaniem dotychczasowych poszukiwań. Znajduję na „Arktis.” wszystko to co w twórczości Ihsahna najlepsze. Cięte, zimne gitarowe riffy, które płyną niczym chmury zwiastujące zimową zamieć. Nienachalną, klimatyczną elektronikę. Podziały rytmiczne od klasycznie rockowych, przez metalowe po wręcz jazzowe. Artysta nie zna granic i Ihsahn korzysta z tej wolności pełnymi garściami dziś odwiedzając na jednej płycie najciekawsze miejsca ze swych dotychczasowych muzycznych eskapad. A wszystko to dzieje się w atmosferze zimnego, arktycznego słońca, które właściwie jest też mrokiem. Oczekujący kolejnej wolty stylistycznej powiedzą, że materiał ten jest dowodem na stagnację twórcy, że Ihsahn się zatrzymał gdzieś pośrodku skutego lodem jeziora i nie bardzo wie co robić dalej. Jednocześnie można tak jak ja oceniać „Arktis.” jako idealne wręcz podsumowanie i refleksję nad tym co stworzyło się w przeszłości.MG8935Edit

Album rozpoczyna się żwawym, gitarowym numerem w postaci „Disassembled”. Naprawdę niezłe riffy budują  klimat i łagodnie prowadzą do kolejnego, bardzo przebojowego „Mass Darkness”. Ihsahn pokazuje się w tych dwu numerach jako bardzo sprawny kompozytor, który doskonale odnajduje się nie tylko w nostalgicznych subtelnościach, ale doskonale radzi sobie też z dynamicznym i mrocznym, może nie metalem a rockiem. Mocniejszy początek to tylko preludium do kolejnych obrazów jakie układają się w opowieść zatytułowaną „Arktis.”. Elementów będzie bardzo wiele, być może nawet za dużo, ale powiem to po raz kolejny – moim zdaniem na nowej płycie Ihsahn zawarł esencję tego co robił z muzyką do tej pory. Elektronika czy wręcz ciepły beat w otwarciu „South Winds” oraz w wielu innych chwilach to przecież echa płyt, na których gitarowa retoryka ustępowała miejsca dźwiękom syntetycznym. Jeśli oczekiwaliście po nowym dziele utalentowanego Norwega kolejnej definicji własnego stylu to tym razem stało się inaczej. Moim zdaniem ciekawej.

„Arktis.” to dzieło bardzo nostalgiczne, emocjonalne i wyjątkowo spójne jak na mnogość technik jakimi zostało namalowane. Słuchając tej płyty czuję się jak w galerii sztuki. Kurator wystawy prowadzi mnie od obrazu do obrazu. Pokazuje kolejne, śnieżne i mroczne pejzaże malowane różnymi technikami, ale wszystkie mają element wspólny – emocje. Smutek, nostalgia… ale też gniew i energia. Ihsahn  po raz kolejny stworzył album, od którego trudno się oderwać.

Umarł Cesarz – Niech Żyje Król.

Wiesław Czajkowski

Pięć