IGNITE – A War Against You (Century Media)

Nie skreślam Ignite, mimo naprawdę słabych występów na żywo, gdyż z płyt zespół uwielbiam, ale blisko dziesięć lat oczekiwania na nowy album, to niemal niechlubny rekord Morbid Angel. Co ciekawe, zauważam, że to ogólny trend dla około hardcore’owych zespołów. Nikt się nie śpieszy. Cóż, nie ma co się dziwić, skoro „Our Darkest Days”, przysporzył grupie koncertów na kolejne lata i stał się zarazem jednym z kamieni milowych całego gatunku. Kuli żelazo póki gorące i zapomnieli, że trzeba dać ludziom coś nowego. Więc dali, niekoniecznie pełnoprawnego następcę tamtego albumu. O tym jednak poniżej.

„A War Against You” w znaczniej mierze jest uzupełnieniem krążka sprzed dekady. Nawet brzmieniowo zespół pozostał w tamtej epoce, a węgierski frontman, który zaliczył udany epizod w Pennywise, wciąż śpiewa jak przed laty. Zaskakujące, jak można utrzymać ducha poprzedniego wydawnictwa delikatnie zmieniając środki wyrazu. Dobijający pięćdziesiątki muzycy odżegnują się od rozpędzonego hardcore/punka na rzecz niemal hard rockowych hymnów i quasi-radiowych przebojów. Lekkie wypolerowanie produkcji i zwiększenie fragmentów do sing-a-longów czyni z najnowszego krążka grupy z Orange County dzieło tylko dobre, takie, z którego miałbym radochę dwa, może trzy lata po „Our Darkest Days”. Dziś nie czuję w tej muzyce ani buntu (wyjątek „You Lie”), ani wściekłości, a luz i niezobowiązujące granie piątki muzyków, którzy absolutnie nie muszą niczego udowadniać. Press_Photo_02

Gdybym był fanem i posłuchał „A War Against You” z oczekiwaniami jakie powinny we mnie narastać przez lata studyjnej posuchy, uznałbym ten opus za potwarz i żerowanie na pomysłach z tamtej sesji nagraniowej. Jako, że jestem wolny od tego ciężaru, krążek polecam niedzielnym fanom hardcore/punka, a tym, którzy kiedyś rozkochali się w hitach pokroju „Bleeding”, radzę dać na wstrzymanie i puszczenie albumu przy piwku. Wejdzie dobrze, ale nie zostanie w pamięci na długo i nikt nie powinien mieć pretensji. Ignite nie musi odkrywać siebie na nowo. Zrobili to raz, aż za porządnie.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy