IGGY POP – Post Pop Depression: Live At Royal Albert Hall (Eagle Rock Entertainment)

Rok 2016 przyniósł sporo niespodzianek. Która z nich była największa? Brexit? Prezydent Trump? Legia w Lidze Mistrzów? Cóż, mnie najbardziej zaskoczył fakt, że Iggy Pop przeżył Davida Bowiego. Mało tego, łącząc siły z Joshem Homme, wydał jedną z lepszych płyt w swojej karierze. Panowie ruszyli potem w małą trasę, a z jednego z koncertów postanowili wydać DVD.

Iggy odżył, jak Feniks odrodził się z popiołów i otrząsnął z artystycznego marazmu. Były w tym tysiącleciu już dwie – całkiem urocze, choć miałkie – płyty francuskie, były dwie energetyczne, próbujące nawiązać do korzeni, no i był też nieszczególnie udany powrót z The Stooges. To znaczy koncertowo udany ze wszech miar, jednak na płytach ognia uchwycić się nie udało. Cóż, odkąd w roku 1983 Iggy rzucił heroinę i wyniszczający tryb życia, jakoś nie potrafi sobie znaleźć miejsca i już tylko sporadycznie wznosił się na wyżyny. O Post Pop Depression napisano już wiele, ale przypomnijmy – to najlepsza płyta Iggy’ego od „American Caesar”, a może i „New Values”.Iggy

Koncertowo wypada to jeszcze lepiej. Iggy jak zwykle biega, skacze w tłum, krwawi i wkłada mikrofon w spodnie oraz serce w to, co na scenie robi. Stare przeboje, nawet te największe, jak „The Passanger”, „China Girl”, czy „Sister Midnight” brzmią świeżo i zyskują nową jakość. Główna w tym zasługa Homme’a, który co prawda w roli przybocznego wygląda przynajmniej niecodziennie, to jednak nawet nie próbuje skraść show głównemu bohaterowi i usłużnie przygrywa, razem z pozostałą ekipą. Jednocześnie jego partie gitarowe są jeszcze bardziej mechaniczne, chłodne i post-punkowe niż na płytach.band

Jeśli chodzi o numery z nowej płyty, to zmian w aranżacjach nie mamy, choć bas niewątpliwie wysunięty jest bardziej, niż na studyjniaku. Generalnie uważam „Post Pop Depression Live” za świetną okazję do przypomnienia sobie tego albumu i odświeżenia utworów, które gdzieś tak na początku roku mocno mną zawładnęły. W wersji koncertowej, szczególnie kiedy prócz wrażeń dźwiękowych cieszymy się też zapisem video, ta muzyka zyskuje jeszcze większego charakteru i jeszcze większej mocy. Pozostaje mieć nadzieję, że panowie do wspólnego koncertowania jeszcze powrócą – nawet jeżeli nie wydadzą już kolejnej płyty. Bo, tak po prawdzie, ktokolwiek teraz do składu Iggy’ego dołączy, będzie przy Joshu i jego ekipie zwykłym tylko szaraczkiem. Byłby to kontrast nie do zniesienia.

Paweł Drabarek

(Płyta koncertowa, więc od gwiazdek się wstrzymam)