IDYLLS – Prayer For Terrene

Połamanych math/grindcorewców nigdy za wiele i żeby trochę uprzykrzyć życie, Idylls debiutuje, niezmiernie wylewając z siebie wszystko co chaotyczne, nieznośne i ciężkostrawne, tak aby pamięć o tym zespole kojarzyła się z najgorszym. Oczywiście, w tym przypadku mowa tak naprawdę o najlepszym, gdyż Idylls, już nieco dojrzalsze, gwałci percepcję słuchacza w iście profesjonalny sposób, by ten napawał się masochistycznymi doznaniami przez długi, długi czas.

Niczym z zapałem Syzyfa wtaczamy kulę z każdą chwilą wpraszania się w przestrzeń oferowaną przez szaleńczy Idylls. Niefortunnym zbiegiem okoliczności proces ten przebiega mozolnie i z wielkimi trudnościami, lecz – na szczęście – satysfakcja z udanego przebrnięcia rekompensuje każdą poświęconą chwilę. Sześciominutowe preludium w postaci nawałnicy chaotycznych acz wielowarstwowych kombinacji dźwięków nie wróży sielanki, a zapętlony noise w końcówce kawałka nie pozwala na wysiedzenie w spokoju. Wczesno – convergowych naleciałości nie sposób przeoczyć („Sow Control”, „Concord Prison”) lecz dla równowagi wykorzystanie wielu eksperymentalnych zabiegów, choćby pod postacią niezidentyfikowanych, elektronicznych sampli czy też dźwięków emitujących lub będących w rzeczywistości instrumentami dęto blaszanymi, zyskuje na wartości i oryginalności muzyki Idylls. Co ciekawe, akustyczne dźwięki saksofonu pojawiają się dużo częściej i mimo, że wykorzystanie potencjału tego instrumentu w szalonych odmianach muzyki miało miejsce już wielokrotnie (patrz Naked City, Yakuza), to porywa i zachwyca równie niepowtarzalnie, przy tym robiąc spore wrażenie i budząc szacunek dla niepohamowanych ambicji zespołu („Fagged Out On The Beach”, „Dneigrating In The Tanks”).I band

Dobrze, że choć czasem jest też szansa na pokiwanie głową w stałym rytmie; nie jest tego wiele, ale gdy się pojawia, to jak w transie wyczuwamy hardcore’ową atmosferę („Dneigrating In The Tanks”), co naprawdę przydaje się przy natłoku noise-coreowego harmideru. Numer „PCP Crazy” to zaskoczenie innego kalibru, co w pryzmacie tak nieoczekiwanego bandu staje się groteskową ironią, niżeli wyrazem artystycznej ekspresji. Maniera klasycznego punka panosząca się po tym kawałku tym bardziej stawia Idylls w świetle wielobranżowego tworu, świetnie radzącego sobie z fuzją dawnych nurtów z nowoczesną formą przelewania wściekłości. Więcej miejsca na czysto-chrypowe wokale i nieco luźniej skomponowane segmenty wystarczająco dopełniają rozpędzoną machinę plującą na wszystkie strony nieobliczalnymi kombinacjami dźwięków. Także i w takich momentach Idylls włazi za skórę, pozornie łagodząc atmosferę by następnie z zaskoczenia dopełnić akt całkowitej destrukcji i pogrzebać wszelkie przewidywania ewentualnych następstw. Wszystko tak naprawdę jest synonimem współczesnego podejścia do grindcore’a, mimo, że struktura znacznie różni się od pierwotnej definicji gatunku, to jednak prostota i swoboda z jaką wściekłość jest wypróżniana nasuwa na myśl skojarzenia do tych najbardziej bezkompromisowych tytułów jakimi grindcore może się poszczycić. Wszystko tu się dzieje nagle i bez zapowiedzi, nawet zakończenie pojawia się niespodziewanie, trochę jak przerwany hejnał, lecz w tym przypadku nie ma mowy o niedosycie.

I po raz kolejny przekonuję się, że gdy jakikolwiek materiał wychodzi spod mixów Kurta Ballou, jakaś iska jego talentu sprawia, że dopieczony do najmniejszego szczegółu i wypicowany na błysk przenika do umysłu słuchacza bez żadnych, pośrednich wspomagaczy. Idylls daje radę, wyraźnie zaznaczając swoją obecność w słuchowiskowej przestrzeni odbiorcy, bo choć można znaleźć wiele materiałów równie nieznośnych, to szczerość z jaką oddaje się muzycznej utopii sprawia, że mamy do czynienia z gatunkiem na wymarciu.

Adam Piętak

Pięć