ICHOR – Benthic Horizon (Bastardized Records)

Ichor to raczej mało znana załoga w Polsce, dlatego kilka słów wyjaśnienia. Założony w 2008 roku w Trier swoje pierwsze dzieło zarejestrował w 2009, zaś rok później wkroczył w bramy białostockiego Hertz, by nagrać kolejny krążek, ponownie w kolaboracji z wytwórnią  Bastardized.

Krótko i na temat – niemiecki kwintet para się czystym death metalem, zagranym z iście zegarmistrzowską precyzją. Szybko, gęsto, akcja toczy się w zawrotnym tempie. Niemcy uwielbiają blasty i w zasadzie każdy kawałek napakowany jest nimi jak dobra kasza skwarkami. Bardzo płynnie prowadzone aranżacje utrzymują niemal przez cały czas niesamowite napięcie, które na początku daje porządnego kopa, choć pod koniec płyty zaczyna troszkę męczyć. W zasadzie nie znajdziemy na tej płycie niczego nowego. Szalone prędkości od czasu do czasu przetykane są zwolnieniami, raz bardziej udanymi (świetny break w „The Wreckage”) raz mniej („… more victims’). Zespół starta się jak może dobrze wyważyć proporcje, tak jak w „The Gorgon”, gdzie znajdziemy chyba cały przegląd temp stosowanych w death metalu. Czasami trafiają się typowo szwedzkie zagrywki („Conquest of Darkness”), gdzieś pojawi się dramatyczny riff czy nieco bardziej odważna narracja, jak w wolnym „The Deepest Blue Is Black”. I choć sporo tutaj kombinowania, prób urozmaicania aranżacji typowo „techno – metalowymi” unisonami rwanych gitar pracujących równo z perkusją, słychać na każdym kroku, że to umiłowanie szybkości jest dla Ichor najważniejsze. Miejscami można porównać pracę zespołu do dokonań rodzimych maniaków z Decapitated, choć trzeba też przyznać, że Ichor wypracował własne brzmienie, bazujące na stonowanych, lekko melodyjnych riffach. Dzięki temu nie ma wrażenia zbytniej, niepotrzebnej chwytliwości, ale też jednocześnie jest ta muzyka znośna pod względem kompozycyjnym. Duże znaczenie ma biegłość techniczna grupy, bo dzięki temu kawałki nie męczą ale w każdym niemal momencie wyrywają się do przodu, tryskając niesamowitą energią, witalnością i agresją godną najlepszych załóg – co nie jest zarzutem – metalcore’owych.

Zespół znajduje się w obecnej sytuacji w lekkim rozkroku. Z jednej strony chce być postrzegany jako typowy przedstawiciel sceny techno – brutal death metalowej, jednocześnie nie są mu obce poszukiwania typowe dla Despised Icon i innych załóg, łączących matematykę z  metalem. Może właśnie wspomniany rozkrok powoduje, że mimo kilku sympatycznych minut spędzonych z nowym dziełem Niemców, w głowie nic mi nie zostało? Bo muzyka ta, mimo dużego nakładu pracy i wielu pomysłów, finalnie jawi się jako dość błaha, nadająca się głównie do machania łbami na koncertach. Jak zwykle w ostatnich czasach, brakuje mi tu nieco bardziej otwartego myślenia, które zastąpione zostało biegłością w żonglowaniu już opracowanymi i sprawdzonymi pomysłami. Można się zapoznać, nie trzeba się spinać.

Arek Lerch 3,5