HYPNOS – The Whitecrow (Einheit Produktionen)

Założyciel Hypnos – Bronislav „Bruno” Kovarik – znany jest także z całkiem zasłużonego dla czeskiej sceny metalowej Krabathor. Dla tych, którzy na tyle głęboko siedzą w death metalu, by kojarzyć ten drugi zespół, zawartość piątego albumu Hypnos (jak i zresztą czterech poprzednich) nie powinna być zatem szczególnie zaskakująca. Problem pojawia się w momencie, w którym „The Whitecrow” przestaje zaskakiwać nawet przypadkowego słuchacza. Czyli dość szybko. Bardzo szybko.

Prawdę mówiąc, już intro w postaci podniosłej deklamacji nakreślającej koncept płyty nie wróży niczego dobrego. „The Whitecrow” to album, na którym Kovarik próbuje łączyć inspiracje wybitnie staroszkolnym metalem śmierci, naznaczonym wyraźnie thrash czy nawet heavy, z ciągotami w stronę… Bo ja wiem, jakiegoś bardziej inteligentnego grania – bo chyba tak powinno się rozumieć ten cały banalny koncept, techniczne wygibasy i lekko progresywne wycieczki. Niestety, próby ubrania tej muzyki w bardziej elegancki garnitur bardzo jej szkodzą, odbierają pierwotności, mocy i brutalności. Serio, dawno nie słyszałem żadnej death metalowej płyty, która nie byłaby właściwie w najmniejszym stopniu brutalna ani agresywna. O „The Whitecrow” można powiedzieć wiele rzeczy – że jest rozlazła, nudna, płaska i bezpłciowa – ale na pewno nie to, że jest brutalna. Piąty album Hypnos jest przy tym także pozbawiony jakiejkolwiek energii – jedynym wyjątkiem jest chyba tylko „Sin Collectors”, w którym Czesi wreszcie nie brzmią jak banda stetryczałych emerytów. Nawet w – wydawałoby się – całkiem żwawym utworze tytułowym polotu i werwy jest mniej więcej tyle, co u statystycznego osiemdziesięciolatka. No ale z drugiej strony nie ma się czemu dziwić, skoro ilekroć Hypnos decyduje się rozwinąć nieco prędkość, od razu asekuracyjnie zwalnia i zatapia się w zupełnie niepotrzebnym kombinowaniu.Hypnos band

Co ciekawe, nasi południowi sąsiedzi mają całkiem niezłą smykałkę do pisania nienajgorszych riffów i tych na „The Whitecrow” znajdzie się całkiem sporo – warto wyróżnić przede wszystkim najbardziej chwytliwy pod tym względem „About Trust”. Tym bardziej zatem szkoda, że jest to właściwie jedyna wartość dodana tego wydawnictwa. No, może jeszcze bardzo selektywne brzmienie, które zarazem jest cholernie płaskie i jednowymiarowe. Wspominałem już, że nowy Hypnos to strasznie nudna płyta? Za wyjątkiem „Sin Collectors” i „About Trust” – naprawdę tylko te dwa utwory w jakikolwiek sposób się wyróżniają – pozostałe kompozycje zlewają się w jedną, właściwie niemożliwą do odróżnienia masę. Wszystko jest zagrane niemal w ten sam sposób, w jednakowym tempie, nawet solówki pojawiają się w tych samych momentach, a jedynym ornamentem są akustyczne ozdobniki. Ach tak, jak mógłbym zapomnieć – jest jeszcze potworek w postaci „Too Dark To Shine, Too Young To Die”, ale najlepiej będzie, jeśli każdy wyrobi sobie na jego temat własne zdanie.

Zawracanie sobie głowy „The Whitecrow” nie ma najmniejszego sensu, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że koniunktura na death metal od pewnego czasu robi się coraz lepsza. Zresztą, nawet gdyby tak nie było, to i tak… Nie. To naprawdę jest słaba płyta, wypełniona przewidywalnym, sztampowym wręcz metalem. Pozycja chyba tylko dla wybitnych maniaków sceny, czerpiących dziwną, masochistyczną przyjemność ze słuchania niezbyt dobrej muzyki.

Michał Fryga

Dwa i pół