HULL – Beyond the Lightless Sky (The End Records)

Nowojorski tygiel po raz kolejny udowodnił, że jest jedynym miejscem na świecie, gdzie wszystko może się zdarzyć. Bo taki Hull, choć gra jakby pochodził z Luizjany, stacjonuje właśnie w Wielkim Jabłku. Wydana w październiku druga płyta to przykład zaskakującego eklektyzmu a także ewolucji gatunku jakim jest sludge metal.

O ile pierwszą płytę grupy „Sole Lord” można z powodzeniem zaliczyć do środkowego nurtu sludge metalowej zawieruchy, o tyle najnowszym dziełem grupa dokonała znaczącego przewartościowania muzyki, jaką wykonuje. Bo choć nadal toporny, szorstki riff jest tu podstawą wypowiedzi, to już aranżacyjny rozmach stawia ich w jednym rzędzie z Mastodon (szczególnie z okresu „Remission”…) czy Baroness. Podobne jest tu prowadzenie narracji; pozornie proste motywy są zagrane z dużym rozmachem, także czasowym, bo już otwierający płytę „Earth From Water” to jedenaście minut mocno zróżnicowanego grania. Obok ciężkich, dotykających niemal d-beatowej maniery fragmentów, znajdziemy tu także zaskakujące, świetnie zbudowane, miejscami niemal akustyczne interludia i kawałki, które z powodzeniem puentują z perspektywy 2011 roku dokonania Pink Floyd („Just A Trace of Early Dawn”). Bazując na takich kontrastach muzycy budują ciekawą narrację, nie zapominając, że są jednak przede wszystkim brudnymi metaluchami. Dlatego nadal nie brakuje tu topornych do bólu, walących po ryju rytmicznych riffów.

Hull pokazał na tej płycie duży zmysł nie tyle kompozytorski (bo nie wszystkie riffy są tu może genialne…) ile aranżacyjny, utrzymując do końca dramaturgię, układając z kawałków zaskakującą mozaikę dźwięków. Miejscami brzmi to jak zderzenie Crowbar z ISIS, ale w żadnym momencie nie jest przesadzone. To chyba największa zaleta „Beyond…”  – Hull, zachowując wszystkie swoje pierwotne cechy,  stworzył ciekawą płytę. Jeśli dodać do tego dbałość o graficzną stronę działalności, pozostaje tylko pytanie, kiedy o nowojorczyków upomni się ekipa Matthew Jacobsona…

Arek Lerch 4,5