HOZIER – Hozier (Island Records)

Od czasu do czasu kierownik przemocy w sieci lubi wrzucać tekst o płytach kompletnie niemetalowych. Idea zacna, bo nie samą ekstremą człowiek żyje. Idąc tym tropem można przemycić na naszych łamach nieco mainstreamu. Zatem, panie i panowie, przed wami Hozier.

Dwudziestopięcioletni Irlandczyk objawił się muzycznym mediom w 2013 roku, kiedy to zadebiutował singlem „Take me to Church” – tak, tym samym, którym grubo ponad rok po premierze, katują nas media ze wszystkich stron. Ep-ka zawierająca „hicior” sama w sobie nie była warta uwagi. Dopiero dzięki uprzejmości studia Feel Good Lost, odpowiedzialnego za klip przedstawiający związek dwóch mężczyzn, o młodym bardzie zrobiło się głośno. Klip stal się viralem i trafił aż do szefów Columbia Records, którzy w raczkującym na rynku Andrew upatrzyli maszynkę do robienia pieniędzy.Hozier

Nos agentów PR i menedżerów amerykańskiej oficyny nie mylił się. Hozier stał się jednym z objawień, na którym spoczął ciężar zaprezentowania światu jeszcze lepszego… siebie. Tak oto powstał debiut zatytułowany – a jakże – „Hozier”. Ten trwający niemal godzinę album prezentuje bardzo dojrzałe jak na tak młodego grajka kompozycje, utrzymane w stylistyce neofolku skrzyżowanego z indie rockiem. Choć „mięsa” w brzmieniu zdecydowanie brakuje, Irlandczyk potrafi przytłoczyć tym co najistotniejsze – głosem, który najlepiej sprawdza się w smutnych, mniej przebojowych kompozycjach. Zresztą, pierwiastek „nośności” i znamiona „radio friendly” to coś, czego młody wokalista powinien unikać. Za sprawą sukcesu singla z 2013 roku powinien porzucić zakusy na top Billboardu na rzecz wkupienia się w łaski dziennikarzy NME czy Pitchforka. Jest szansa, że w niedalekiej przyszłości tak się stanie, o ile zachowa balans pomiędzy folkiem, soulem a indie, do tego trzymając poziom choćby takiego „Angel of Small Death and the Codeine Scene” – świat będzie stał dla niego otworem. Grunt, by Irlandczyk zbyt mocno nie spoglądał w stronę twórczości Jacka White’a i The Black Keys i nie zachłysnął się wysoką pozycją na plakatach europejskich festiwali. Bo, że jest gwiazdą, to już wiemy.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół