HOWLS OF EBB – Vigils Of The 3rd Eye (I, Voidhanger Records)

Jest rok 2014. Metal powoli umiera. Po wielkiej fali religijnego uniesienia i następującej po niej nuklearnej wojnie, kontrolę nad muzycznym światem przejęła armia klonów. Wspomagane przez legiony weteranów reaktywujących masowo swoje zapomniane zespoły doprowadzają one do całkowitego wyczerpania źródeł inspiracji wypływających z lat 70., 80. i 90. Odziane w czarne kaptury, z gęstymi grzywami obowiązkowo zaczesanymi na podejrzane facjaty, kroczą w szerokim rozkroku ku chwale wielkiego Internetu, który niczym mityczny Matrix przekonał wszystkich, że prawdziwe życie odbywa się nie poza ekranem, a właśnie na nim.

Gdzieś w zakamarkach tego ponurego świata czają się niedobitki rebeliantów, którzy próbują na powrót wtłoczyć do muzyki odrobinę kreatywności. Jednym z bastionów tej rebelii jest włoska I, Voidhanger Records, skupiająca pod swoimi skrzydłami twory odważne i oryginalne, choć równie dobrze można by je pewnie podsumować słowem „dziwaczne”. Jednym z nich jest Howls Of Ebb, grający jakąś absurdalną odmianę death metalu, brzmiącego jakby nagrywany był podczas indiańskiego rytuału, w którym siłą sprawczą jest halucynogenny trans. Już sama produkcja tej płyty odbiega zarówno od tych popularnych, jak i bardziej „podziemnych” standardów. Na własny użytek nazwałem to brzmienie „bagiennym”, ale nie wiem czy ktokolwiek potraktuje to jako zachętę do sięgnięcia po ten album. W każdym razie ostatnim słyszanym przeze mnie zespołem, który rozepchał trochę ramy gatunku był Portal, a przecież „Seepia” ukazała się ponad dziesięć lat temu. Howls Of Ebb nie jest może aż tak wizjonerski jak ekipa z Australii (bo jednak szkielet tej muzyki opiera się na schematach znanych chociażby z płyt Morbid Angel), ale ma w sobie ten sam pierwiastek szaleństwa i dezerterowskiego „nic mnie nie obchodzi co o mnie myślicie”, który pozwala umieścić go w gronie zespołów zjawiskowych. A jeśli nie zjawiskowych, to na pewno intrygujących. Howls Grafika

No bo jeśli naprawdę istnieje jeszcze coś takiego jak awangardowy (tfu!) metal, to chyba właśnie na płytach takich jak „Vigils Of The 3rd Eye”, które w jakiś tam sposób wyłamują się ze schematów, pozostając jednocześnie w duchu metalowymi. Okazuje się więc, że można więc mieć metalowe serce jak zespół Accept, a jednocześnie nie nosić grzywki a la młody Bruce Dickinson, ani czarnego kaptura naciągniętego na firanę z zaczesanych na mordę kudłów. A przynajmniej można się obejść bez mentalnej „grzywki” i „kaptura”, bo kto ich tam wie jak oni wyglądają.

Nie wszystko jest zatem tak czarno-białe jak chcieliby to niektórzy malować i zapewne uda się wygrać jeszcze niejedną bitwę w wojnie z przeciętnością, ale też daleki byłbym od śpiewania triumfalnych pieśni i szeptania do ucha, że „wszystko będzie dobrze”. W świecie, w którym więcej uwagi poświęca się cenom osiąganym przez płyty na serwisach aukcyjnych niż ich faktycznej zawartości, oczekiwany przez wszystkich John Connor zajmuje się pewnie kolekcjonowaniem winyli, a jego matka Sarah nagrywa kolejne demo swojej kapeli grającej kowery Incantation. A jedynym co tak naprawdę was interesuje jest to, czy ta płyta wyszła w plastikowym pudełku, czy w digipacku.

Michał Spryszak

Pięć