HOWLER – World of Joy (Rough Trade)

Tak to jest, jak się mieszka w USA. Wystarczy zmierzwić fryzurę, przywdziać wąskie gacie, koszuli flanelowej obedrzeć rękawy i chwycić za gitarę. Warto przy okazji postroić odpowiednie miny, dobrze byłoby też gdyby lider był zamkniętym w sobie mrukiem. Akurat nie wiem, czy Jordan Gatesmith, szarpiący struny i wyjący w – nomen omen – Wyjcu jest introwertycznym bucem, ale mogę sobie to przecież dopowiedzieć. Tak czy inaczej „World of Joy” to doskonały przykład młodzieńczych bolączek i godny następca „America Give Up”.

Tam to chyba wszystko jest łatwiejsze. Trzeba po prostu urodzić się w mieście, gdzie powstały The Remplacements, The Cows czy Hüsker Dü, posłuchać REM a wreszcie zakochać się w muzyce lat 60 – tych, bo „World of Joy” to właśnie efekt miłości Jordana&kolegów do Rolling Stones czy Yardbirds. Tak przynajmniej deklaruje wokalista. A my otrzymujemy dziesięć zgrabnie skrojonych, rockowo – garażowych songów, które są na tyle świeże by choć przez moment się nimi zachwycić.257491 (1)

Prostota wczesnych The Strokes, gitarowy hałas, który mógłby być tropem do przełomu lat 80 – i 90 – tych, indie rockowa wrażliwość i punkowa zadziorność. Do tego strzępki klasycznych brzmień sprzed kilku dekad, surowa produkcja i uliczny brud. Choć jak trzeba, zespół potrafi przywalić pięknie zaaranżowaną, przestrzennie brzmiącą, radiową nutą w „Here’s The Itch That Creeps Through My Skull”. Może ktoś nawet usłyszy Dylana („Don’t Wanna”) a pewne rozklekotane niechlujstwo skieruje wzrok na Thurstona Moore. Jednocześnie jest Howler w swojej młodzieńczej, żarliwej bucie zadziorny niczym Libertines, rzucając się niczym wściekły nastolatek do znienawidzonego belfra. Te wszystkie porównania powodują, że chciałbym w pewnym sensie napisać, że styl Howlera dopiero się kształtuje, że poszukują i rozwijają się. Być może dopiero trzecia płyta pokaże coś co nazwiemy własnym, niepodrabialnym stylem zespołu. Ale też całkiem dobrze przy „World of Joy” się bawię.

Howler to przeszłość i przyszłość muzyki rockowej, klarują przeróżni pismacy. Może coś w tym jest, dodam jedynie, że właśnie dzisiaj „World of Joy” bezdyskusyjnie pokazuje, że chyba niczego nowego poza własną, muzyczną przeszłością już nie odkryjemy. Czy jestem z tego powodu smutny? Raczej nie.

Arek Lerch 

Cztery