HOWL – Bloodlines (Relapse)

Lubię zespoły, które nie wywracając swojej muzyki do góry nogami, potrafią ewoluować i to w sensie fizycznym a nie tylko na poziomie pobożnych życzeń i żarliwych zapewnień wyrażanych w wywiadach. Dobrym przykładem jest druga płyta pochodzącego z Providence HOWL.

Założony w 2006 roku band nie popisał się na razie jakimś zmasowanym atakiem. Ot, dwie płyty, z których debiut „Full of Hell” był co najwyżej poprawny. Typowe, amerykańskie łojenie, powstające na przecięciu sludge, rocka i bardziej siarczystych powiewów metalu. W wywiadzie, którego Violence udzielił był w 2010 roku gitarzysta Vincent, podkreślano, że HOWL to przede wszystkim metal, jednak dopiero dzisiaj, po premierze „Bloodlines” te stwierdzenia nabierają cokolwiek proroczego wydźwięku.

Najnowsze dzieło to dużo konkretniejszy atak i próba uporządkowania nieco chaotycznych dźwięków z debiutu. Muzyka pozostaje na podobnym poziomie kompozytorskim, jednak dopieszczono aranże, dbając w dużej mierze o stronę rytmiczną. Dotychczas zespół stawiał na bardziej rozjechane struktury, co brzmiało może i zabawnie, ale pozycjonowało muzyków wśród całej masy przeciętnych, sludge – metalowych formacji. „Bloodlines” to przede wszystkim zwrot w stronę death metalu. Nie ma wątpliwości, że zespół przesuwa środek ciężkości z mocnego, amerykańskiego hardrocka w stronę dużo bardziej agresywnych form. Ciekawe jest to, że nadal jednak słychać owe „bagienne” inklinacje i to właśnie dodaje muzyce HOWL  jeszcze wyraźniejszego smaku. Doszlifowaniu uległa przede wszystkim, jak już wspomniałem, sekcja rytmiczna, i to w połączeniu z gitarami rytmicznymi, funduje nam wyrywający z butów groove, który wynosi muzykę na dużo wyższy poziom. I to na nim właśnie grupa w zaskakujący sposób kojarzy się dzisiaj z Six Feet Under, szczególnie z płyty „Unborn”. W zasadzie, słuchając ”Bloodlines” zastanawiam się, czy to ekipa Barnesa chce przenieść się w deltę Mississippi, czy mieszkańcy Providence tęsknym wzrokiem spoglądają w stronę Nowego Jorku. Tak czy inaczej, choć zespół niczego nowego nie odkrywa, podobnie jak wspomniani deathsterzy, pompuje adrenalinę w żyły aż miło. Stare fascynacje czuć wyraźnie w tych najwolniejszych, ciążących w stronę doom metalu kompozycjach, także śpiew, czasami zmieniający się z ponurego growlu w lekko nawiedzone zawodzenie, uświadamia nam, z jakim zespołem mamy do czynienia.

Metamorfoza dokonana przez HOWL nie jest może jakimś spektakularnym zawracaniem rzeki za pomocą kija,  ale słychać, że zespół przyłożył się do nowej płyty, wyraźnie tym razem określając swoją pozycję. Na szczęście, z zyskiem dla słuchaczy. Nie sądzę, by za sprawą „Bloodlines” znacząco zmienił swój status quo na mapie przyciężkawego grania, jednak przyjemnie zaskoczył, a to jak najbardziej warto docenić.

Arek Lerch 

Cztery i pół